Mistrzostwa Świata dwadzieścia lat temu

W tym roku snookerowe Mistrzostwa Świata po raz czterdziesty goszczą w Crucible Theatre. W 1996 roku, gdy również obchodziliśmy okrągłą rocznicę, widzowie byli świadkami jednej z najbardziej interesujących edycji snookerowego czempionatu w historii. Nie zabrakło dramaturgii, kontrowersji i wysokiego poziomu. Jedyne, czego zabrakło, to czterech wbić do odnotowania pierwszego maksymalnego brejka w finale MŚ.

 

Od połowy lat dziewięćdziesiątych Stephen Hendry był coraz częściej „kąsany” przez młodszych kolegów (Higginsa, Ebdona, Doherty’ego, O’Sullivana czy Williamsa), ale z jakimikolwiek problemami nie zmagałby się w trakcie sezonu, w Crucible Theatre wciąż pozostawał niepokonany. Przystępując do Mistrzostw Świata 1996 miał na swoim koncie dwadzieścia wygranych meczów z rzędu, a poprzednią porażkę odnotował w 1991 roku, padając w ćwierćfinale ofiarą „klątwy Crucible”. Taka dominacja jednego zawodnika nie podobała się większości sympatyków snookera, zwłaszcza, że Stephen aż czterokrotnie zabierał trofeum sprzed nosa „mistrzowi ludu”, Jimmy’emu White’owi. Prawie każdy chciał, aby temu okropnemu Szkotowi wreszcie powinęła się noga. Jednym z głównych pretendentów do powstrzymania dominatora był dwudziestoletni Ronnie O’Sullivan. Anglik już raz wylał kubeł zimnej wody na głowę Hendry’ego, niespodziewanie pokonując go w finale UK Championship 1993 i jednocześnie zabierając mu miano najmłodszego triumfatora w turnieju rankingowym.

 

Stephen i Ronnie zagrali po raz pierwszy na Mistrzostwach Świata w 1995 roku. Wówczas doświadczony Szkot zwyciężył 13-8. Na początku następnego roku Hendry wygrał 10-5 w ich jedynym spotkaniu w finale Masters (niestety, poza przedostatnią partią, nadal niedostępnym w sieci). A zatem kiedy okazało się, że na Mistrzostwach Świata panowie mogą wpaść na siebie dopiero w ostatnim meczu, wiele osób ostrzyło sobie ząbki na właśnie taki finał czempionatu. Dodatkowego smaczku dodawał fakt, że dla O’Sullivana była to ostatnia szansa na pobicie cennego rekordu Hendry’ego i zostanie najmłodszym mistrzem świata. A trudno uczynić to w bardziej spektakularny sposób niż pokonując dotychczasowego rekordzistę w finale.

 

Okazało się jednak, że szkocki czempion napotkał spore trudności już w pierwszej rundzie. Sprawił mu jego nie kto inny, jak obecny prezes WPBSA, Jason Ferguson, który po raz drugi w karierze występował w Crucible Theatre. Stephen Hendry przegrywał 3-6 po pierwszej sesji i być może jego najbardziej zagorzali przeciwnicy już mrozili szampana, aby świętować sensacyjną porażkę dotychczasowego dominatora. Ale Szkot raz jeszcze udowodnił swoją waleczność przy snookerowym stole i wieczorem pierwszego dnia turnieju awansował do kolejnej rundy, wygrywając 10-8 i wieńcząc mecz czwartym brejkiem stupunktowym. Ferguson powrócił do Crucible jeszcze dwa lata później, ale podobnie jak w latach 1992 i 1996 nie przebrnął pierwszej rundy.

 

Z kolei O’Sullivan przeszedł przez swój pierwszy mecz gładko (10-3), ale napytał sobie biedy po jego rozegraniu. Przez większą część jednego z ostatnich frejmów pojedynku z Alainem Roubidoux Ronnie grał pozornie słabszą lewą ręką, co przeciwnik i spora część snookerowego światka uznała za lekceważące. Anglik dolał jeszcze oliwy do ognia, stwierdzając na konferencji prasowej, że gra lepiej lewą ręką niż Roubidoux prawą. Alain wniósł oficjalną skargę i „Rakieta” stanął przed komisją dyscyplinarną. Musiał lewą ręką rozegrać trzy frejmy z Rexem Williamsem, byłym profesjonalistą i  ówczesnym prezesem WPBSA. 20-latek wygrał wszystkie partie i zarzuty o narażenie gry na zniesławienie zostały wycofane. Od tego czasu nikt już się nie dziwi, ani nie czuje lekceważony, gdy O’Sullivan gra „słabszą” ręką.

 

https://www.youtube.com/watch?v=Vs-nUiRq_GE

 

Jednak niepokorny Anglik nie mógł długo wytrzymać bez wpakowania się w tarapaty. W trakcie tego samego turnieju doszło do przepychanki pomiędzy nim, a obecnym dyrektorem profesjonalnych zawodów, Mike’iem Ganleyem (tym samym, który przed rokiem pożyczył Ronniemu swoje buty, by ten nie musiał grać w Crucible w skarpetkach). Tym razem O’Sullivan nie wywinął się od kary. Niektórzy spodziewali się nawet wykluczenia z Mistrzostw Świata, ale ostatecznie za „napaść fizyczną” krnąbrny zawodnik dostał dwuletni ban w zawieszeniu, a do zapłacenia 10 tysięcy funtów grzywny i 20 tysięcy funtów na cele charytatywne.

 

Co ciekawego zdarzyło się jeszcze w pierwszej rundzie? Jimmy White przyprawił swoich kibiców o szybsze bicie serca, pokonując Szkota Euana Hendersona dopiero w decydującej partii. Z kolei Terry Grriffiths urwał się spod topora innemu Szkotowi, Jamiemu Burnettowi. Mistrz świata z 1979 roku przegrywał w tym spotkaniu 0-6, 3-8 i 5-9, aby ostatecznie wygrać 10-9. Tym samym Walijczyk czternasty raz z rzędu przeszedł przez pierwszą rundę Mistrzostw Świata, co jest rekordem (wyrównanym w tym roku przez O’Sullivana). Spośród rozstawionych zawodników tylko dwóch przegrało w pierwszym meczu: David Roe (turniejowy numer 16) 9-10 z Garym Wilkinsonem i John Parrott (turniejowy numer 4) 6-10 z Rodem Lawlerem.

 

Bohaterem drugiej rundy czempionatu znów był Ronnie O’Sullivan. Jak na „Rakietę” przystało rozgromił Tony Drago 13-4 w zaledwie 2 godziny i 47 minut,  co wciąż jest rekordem w meczu do 13 wygranych partii. Maltańczyk zdołał jednak uszczknąć co nieco z tego pojedynku – w czwartym frejmie wbił 144 w jednym podejściu, wyrównując najwyższy brejk turnieju, który w pierwszej rundzie zbudował Peter Ebdon.

 

https://www.youtube.com/watch?v=Uite5_C161w

 

To właśnie Ebdon okazał się w 1/8 finału pogromcą Jimmy’ego White’a. Chociaż ulubieniec tłumu prowadził 10-8, koniec końców przegrał 12-13 i znów musiał odłożyć marzenia o upragnionym tytule mistrza globu. Starcie Petera i Jimmy’ego było jedynym zaciętym w drugiej rundzie, pozostałe kończyły się minimum pięciofrejmową przewagą. Hendry wygrał 13-7 z Garym Wilkinsonem, a John Higgins pokonał w szkockich derbach Alana McManusa 13-5 i w ćwierćfinale czekał go mecz z Ronniem O’Sullivanem. Zapowiadał się hit.

 

Starcia Higginsa i O’Sullivana elektryzują kibiców snookera od blisko ćwierć wieku. Ci dwaj snookerzyści są niemal równolatkami i obaj rozpoczęli profesjonalne kariery w sezonie 1992/1993. Po raz pierwszy zetknęli się ze sobą w zawodowym meczu na początku października 1994 roku. Wówczas, w 1/8 finału Dubai Classic, Ronnie wygrał 5-1. Niespełna pół roku później wciąż jeszcze nastoletni zawodnicy zadziwili wszystkich, docierając do finału Mastersa (był to pierwszy finał tego turnieju od 1989 roku, w którym nie zagrał Stephen Hendry). I tym razem Anglik odniósł zdecydowany triumf: 10-3. Jednak przed pojedynkiem o półfinał MŚ 1996 bilans wzajemnych spotkań O’Sullivana i Higginsa był minimalnie korzystniejszy dla Szkota: 5-4.

 

„Rakieta” rozpoczął ćwierćfinał od prowadzenia 3-1 do przerwy, ale później wynik zaczął mu się wymykać spod kontroli. „Czarodziej z Wishaw” doprowadził do remisu 3-3 brejkiem 137, a potem zaczął budować przewagę. Prowadził 8-4, a następnie nawet 10-5. Wydawało się, że to on osiągnie pierwszy półfinał Mistrzostw Świata w karierze. O’Sullivan jednak wcale nie chciał, żeby to Higgins odebrał Hendry’emu miano najmłodszego mistrza świata. Wygrał pięć kolejnych frejmów i na tablicy wyników znów widniał remis: 10-10. Szkot mógł czuć się fatalnie, ale zdołał wyprowadzić skuteczną kontrę. Brejkami 51 i 80 odzyskał dwufrejmową przewagę i już tylko jedna partia dzieliła go od zwycięstwa. Przy prowadzeniu 12-11 do wygranej potrzebował już tylko jednego wbicia, ale widać temu spotkaniu pisana była decydująca partia.

 

https://www.youtube.com/watch?v=Mrb4I4MJo4w

 

Zatem Ronnie awansował do najlepszej czwórki turnieju, w której miał za rywala Petera Ebdona. Drugą parę półfinałową utworzyli Stephen Hendry i Nigel Bond, czyli finaliści poprzedniej edycji czempionatu. Finał marzeń – Hendry kontra O’Sullivan – był już na wyciągnięcie ręki. Jednak Peter Ebdon nie znalazł się w półfinale przypadkowo. Pół roku wcześniej grał w finale UK Championship, a w dalszej części sezonu osiągnął półfinał Thailand Open i finał European Open. W ćwierćfinale Mistrzostw Świata pokonał rozstawionego z „dwójką” Steve’a Davisa 13-10.

 

Starcie z O’Sullivanem również rozpoczął znakomicie. Od stanu 5-5 wygrał pięć kolejnych partii, a potem utrzymywał przewagę do wyniku 11-6. Wówczas Ronnie, podobnie jak w poprzedniej rundzie, rozpoczął skuteczną pogoń. Wbił kolejno brejki 63, 139, 103, 94 i 66, doprowadzając do remisu. Od tego momentu zawodnicy wygrywali partie naprzemiennie. Przy wyniku 15-14 dla Ebdona, O’Sullivan miał dogodną okazję na doprowadzenie do decydującej partii. A wtedy było już wiadomo, że Hendry ma gigantyczne prowadzenie po trzeciej sesji i tylko formalnością jest jego awans do finału.

 

https://www.youtube.com/watch?v=eUxnewBAp9I

 

Ostatecznie potyczki Stephena i Ronniego w decydującym meczu Mistrzostw Świata nie zobaczyliśmy ani w 1996 roku ani w żadnym innym. Zmierzyli się czterokrotnie w półfinale w Crucible (obaj wygrali po dwa mecze), ale szkoda, że nie dane im było zagrać o tytuł. Kto wie, jak wyglądałaby dzisiaj historia snookera, gdyby O’Sullivan okazał się skuteczniejszy w końcówce półfinału? Nigdy się tego nie dowiemy, bo to Ebdon awansował do finału i podjął heroiczną próbę odebrania Szkotowi pucharu, który był jego własnością od czterech lat.

 

Początek meczu dawał nadzieję na wyrównaną walkę, ponieważ Peter wyszedł na prowadzenie 4-2. Ale pierwszy dzień finału zakończył już, przegrywając 6-10 i nie zdołał odrobić strat podczas 17. dnia Mistrzostw. Należy jednak uczciwie przyznać, że nie był to rewelacyjny finał. Co prawda Hendry wbił jedenaście brejków powyżej pięćdziesięciu punktów, a Ebdon zbudował osiem takowych, ale padła tylko jedna „setka”. Za to była to „setka” wyjątkowa. Niewiele zabrakło, aby przemieniła się w brejk maksymalny. „Król Crucible” miałby wówczas na swoim koncie jeszcze jedno wspaniałe osiągnięcie.

 

https://www.youtube.com/watch?v=gIJIIi0h5OY

 

Bardzo żałuję, że ta brązowa nie wpadła do kieszeni… Co ciekawe do dzisiaj nikomu nie udało się wbić brejka maksymalnego w finale Mistrzostw Świata. Hendry, znany ze swojego perfekcjonizmu, z pewnością również był bardzo rozczarowany, ale nie odbiło się to na jego późniejszej grze. Systematycznie powiększał przewagę: 11-6, 13-7, 17-10… Ebdon zdołał wygrać jeszcze dwie partie i cały mecz zakończył się wygraną Stephena Hendry’ego 18-12. Dobrze się stało, że Szkot nie zamknął meczu wcześniej i zawodnicy musieli rozegrać jeszcze jeden frejm po przerwie. Bowiem zgodnie z tradycją BBC podczas finałów MŚ duet komentatorski zmienia się po każdej mini-sesji. Na ostatnią część finału „zaplanowano” pożegnalny komentarz Teda Lowe, który po ponad 40 latach przechodził na emeryturę. Gdyby Hendry wygrał 18-10, legendarny „Szepczący Ted” nie mógłby w ostatnim zdaniu komentarza podczas Mistrzostw Świata 1996 pożegnać się z widzami i podziękować im.

 

Stephen zdobył piąty tytuł mistrza świata z rzędu (w sumie szósty), zgarnął dwieście tysięcy funtów i wbił jedenaście brejków stupunktowych (o jeden mniej niż rok wcześniej, gdy wyrównał rekord Joe Davisa z 1946 roku) Podczas całego czempionatu odnotowano ogólnie czterdzieści osiem „setek”, co  było wówczas rekordem. Do tego, jak już zostało wspomniane, był to ostatni turniej skomentowany przez Teda Lowe (chociaż gościnnie zasiadł on w budce komentatorskiej raz jeszcze podczas Seniors Pot Black 1997), którego specyficzny sposób relacjonowania wydarzeń z zielonego stołu zapewnił mu wielką sympatię widzów i ważne miejsce w historii snookera. Wieczór 6 maja 1996 roku, zgodnie ze słowami prowadzącego pomeczową ceremonię Davida Vine’a, należał do mistrza Stephena, a BBC pożegnało widzów tradycyjną kompilacją podsumowującą Mistrzostwa Świata.

 

https://www.youtube.com/watch?v=gIJIIi0h5OY

Autor: Mikołaj Małecki

 

 

 

 

 

 

Snooker Heroes: Uśmiech mimo przegranej

Uśmiech mimo przegranej

 

W tym tygodniu w Manchesterze odbywa się finałowy turniej serii European Tour, występujący od zeszłego sezonu jako Players Championship. Jednak zawody pod taką nazwą odbyły się już w 2004 roku i nie miały z Europą kontynentalną nic wspólnego.  Zapraszam do przeczytania pierwszej części cotygodniowego cyklu, w którym będę przypominał interesujące wydarzenia z historii snookera.

 

Przed dwunastoma laty turniej Players Championship zastąpił w kalendarzu profesjonalnych rozgrywek zawody Scottish Open. I chociaż kraj, w którym rozgrywano turniej pozostał ten sam (lokalizację przeniesiono jedynie z Edynburgu do Glasgow), a za produkcję obrazu telewizyjnego nadal odpowiadała stacja Sky Sports, zawodów Players Championship – wbrew temu, co sugeruje brytyjska Wikipedia – nie należy traktować jako kontynuacji Scottish Open. Chociażby z tej przyczyny, że David Gray, który w 2003 roku triumfował na szkockiej ziemi, dwanaście miesięcy później nie był rozstawiony w drabince jako obrońca tytułu. Na jej szczycie znajdował się ówczesny mistrz świata i numer jeden rankingu Mark Williams, a na samym dole wicelider rankingu Stephen Hendry. Obaj jednak odpadli na etapie ćwierćfinałów.

 

Co ciekawe, w fazie głównej aż trzech zawodników – Stuart Bingham, Paul Hunter i Peter Ebdon – wbiło brejk w wysokości 144 punktów (a gdybyśmy doliczyli eliminacje, to byłby jeszcze czwarty – Gary Hardiman). Nie musieli się jednak dzielić nagrodą za najwyższe podejście turnieju, bo zgarnął ją Ken Doherty, budując brejk o jedno oczko wyższy w meczu najlepszej szesnastki przeciwko Allisterowi Carterowi.

 

Do finału rozegranego 11 kwietnia dotarli Paul Hunter oraz Jimmy White i to temu spotkaniu poświęcę dzisiejszy artykuł. Bynajmniej nie dlatego, że był to mecz stojący na bardzo wysokim poziomie (dość powiedzieć, że w osiemnastu rozegranych frejmach wbito zaledwie cztery brejki powyżej pięćdziesięciu punktów!), ale ze względu na jego symbolikę. Był to ostatni rankingowy finał dla obu zawodników oraz jeden z ostatnich dla sędziego, Colina Brindeda. Tylko White ma jeszcze choćby iluzoryczną szansę, aby znowu się w nim znaleźć. Paul i Colin przegrali walkę z nowotworami.

 

Chociaż w potyczce o tytuł w szkockich zawodach zmierzyło się dwóch Anglików, atmosfera na trybunach była gorąca. Dopingu kibiców nie można oczywiście porównać do tego, co działo się w nieistniejącej już hali Wembley Conference Centre podczas Mastersa, ale jednak Jimmy White był uwielbiany przez kibiców snookera w całej Wielkiej Brytanii. Nie bez znaczenia był też fakt, że „Trąba Powietrzna” walczył o swój pierwszy rankingowy tytuł od blisko dwunastu lat (poprzedni zdobył w październiku 1992, wygrywając Grand Prix). Ulubieniec tłumów był blisko długo oczekiwanego  triumfu już miesiąc wcześniej, kiedy to w European Open 2004 również doszedł do finału, jednak przegrał wówczas z mało wówczas znanym 23-latkiem, Stephenem Maguire’em. Sześciokrotny wicemistrz świata musiał być zatem jeszcze bardziej zmotywowany, aby z Glasgow wywieźć trofeum.

 

Zadanie wydawało się jednak bardzo trudne. To Paul Hunter był faworytem decydującego meczu. Znajdował się w tamtym sezonie w świetnej formie, czego dowodem było dojście do półfinału UK Championship oraz pamiętne zwycięstwo nad Ronniem O’Sullivanem w finałowym pojedynku Mastersa (notabene Paul wygrał z „Rakietą” także  w ćwierćfinale Players Championship, wbijając mu dwa brejki stupunktowe). Na korzyść „Beckhama Zielonego Stołu” przemawiał również jego występ w półfinale, w którym pokonał Kena Doherty’ego 6-2, a w przedostatniej partii zdobył 135 punktów w jednym podejściu. Z kolei White w meczu najlepszej czwórki znalazł się na krawędzi odpadnięcia z turnieju. Przegrywał już 3-5 z Peterem Ebdonem, ale zdołał zapisać na swoim koncie trzy ostatnie frejmy i awansować do dwudziestego czwartego finału turnieju rankingowego w swojej karierze.

 

Ostatni mecz rozpoczął się lepiej dla starszego z Anglików, który wyszedł na prowadzenie 2-0, a potem przez całą pierwszą sesję utrzymywał przewagę. Hunter znalazł się na przedzie tylko raz, po pierwszej partii sesji wieczornej (5-4). Chociaż trudno w to uwierzyć, do tamtego momentu snookerzyści nie wbili żadnego brejka powyżej pięćdziesięciu punktów. Jednak im bliżej było końca pojedynku, tym lepiej zaczął grać snookerowy weteran. White wygrał cztery partie z rzędu, odnotowując w nich 51, 56 i 76 punktów w pojedynczych podejściach. Prowadził 8-5 i już tylko jeden frejm dzielił go od sukcesu, na który czekał od kilkunastu lat.

 

Wtedy przypomniał o sobie Paul, który „przespał” większość wieczoru. Na 6-8 wbił wreszcie pierwszy brejk powyżej pięćdziesięciu oczek (67 punktów), a potem złapał kontakt z rywalem po wykradzeniu na czarnej bili partii szesnastej, w której miał 35 punktów straty przy zaledwie dwóch czerwonych na stole. Finał ponownie nabrał rumieńców, ale Jimmy nie zamierzał dopuścić do jeszcze większych emocji i rozstrzygnięcia w deciderze.

 

W następnym frejmie znów zaczął punktować i wydawało się, że pewnie zmierza po kryształowe trofeum. Jednak przy prowadzeniu 55-0 i 49 punktach w brejku sześciokrotny wicemistrz świata minimalnie przeciął czerwoną do prawej środkowej kieszeni. Fani Huntera mieli jeszcze przez kilka minut nadzieję na kolejne „wyrwanie” partii, ale podczas paru następnych wizyt przy stole snookerzysta z Leeds zdobył zaledwie osiem oczek. Wreszcie White wbił „długą” czerwoną do rogu, a po dołożeniu różowej miał już 58 przewagi przy 59 na stole. Nawet arbiter był niezwykle przejęty sytuacją i pomylił się w rachunkach, co na moment wytrąciło Jimmy’ego z rytmu. Zawodnik złożył się jednak do zagrania po raz drugi i umieścił kluczową czerwoną w kieszeni. Gdy po niej wpadła także czarna, stało się jasne, że nikt już White’owi wygranej nie odbierze. Paul serdecznie pogratulował swojemu idolowi z dzieciństwa i przez całą ceremonię pozostał uśmiechnięty. Takiego go pamiętamy.

 

„Trąba Powietrzna” w tempie godnym swojego przydomku wybiegł z areny tuż po uściśnięciu dłoni przeciwnika, a kiedy już załatwił sprawę niecierpiącą zwłoki (do czego sam się przyznał w późniejszych wypowiedziach), powrócił, aby celebrować moment, na który czekał od prawie dwunastu lat. Gdy odebrał już efektowny puchar i udzielał wywiadu dziennikarzowi Sky Sports, na arenie pojawił się jego ojciec, Tommy. Uściskał on serdecznie obu zawodników, a gdy syn nie chciał wypuścić swojej nagrody, senior zażartował, że stłucze trofeum. Z zamieszczonego poniżej materiału wideo warto obejrzeć przynajmniej te obrazki z ceremonii na zamknięcie turnieju. Jeżeli ktoś ma nieco więcej czasu polecam też ostatnich pięć frejmów, a jeśli znajdą się wśród czytelników osoby zakręcone na punkcie snookerowych archiwaliów tak jak ja, to oczywiście zachęcam do obejrzenia całego filmu.

 

 

Jeszcze w dniu zakończenia finału na stronie World Snooker ukazały się wypowiedzi obu uczestników, pochodzące najpewniej z konferencji prasowej. Zwycięzca turnieju przyznał, że w trudnych chwilach spotkania inspiracją dla niego był bokserski mistrz świata, Roberto Duran, który zawsze powtarzał „wciąż wyprowadzaj ciosy, po prostu wciąż wyprowadzaj ciosy”.

 

– Musiałem ciągle wierzyć z całego serca,  że mogę wygrać – powiedział White. – To było trudne, bo zwykłem przegrywać w finałach. W ciągu ostatnich dwunastu latach miałem wiele trudnych chwil. Pamiętam porażkę ze Stephenem Hendrym w decydującym frejmie w Crucible i przegraną z Peterem Ebdonem w finale British Open parę lat temu. Ale teraz wyrzucam to z „systemu”.

 

– Mój tata będzie zachwycony – kontynuował ulubieniec publiczności. – Będzie miał trofeum u siebie przez tydzień. Zawsze mi powtarza, abym nie przejmował się porażkami, ale za każdym razem mi go żal, gdy przegrywam. Nie mogę wyrazić słowami tego, co teraz czuję. Chcę po prostu zadzwonić do moich najbliższych i rozmawiać z nimi.

 

– Obaj zagraliśmy okropnie w pierwszej sesji – nie ukrywał White. – Powinienem prowadzić co najmniej 5-3, ale nie pokarałem Paula za jego błędy. Wczorajszy mecz z Ebdonem mnie wyczerpał, jednak w całym tygodniu nie spałem tak dobrze, jak ostatniej nocy, więc zmęczenie nie miało na mnie zbyt dużego wpływu. Byłem przygotowany na wynik 8-8, ale nie chciałem, żeby do niego doszło.

 

– Cieszę się szczęściem Jimmy’ego – oświadczył pokonany. – Poza snookerowym stołem jest dobrym przyjacielem i jeżeli z kimkolwiek mógłbym chcieć przegrać w finale, to właśnie z nim. Dobrze się też stało dla samej dyscypliny.

 

– Zacząłem grać w snookera z powodu Jimmy’ego i wzorowałem się na jego grze. Wciąż jest moim idolem. Chciałem go zaprosić na swój ślub, ale teraz wykreślę go z listy gości – zażartował Hunter, który kilka miesięcy później zawarł na Jamajce związek małżeński ze swoją ukochaną, Lindsey Fell.

 

– Za bardzo się starałem podczas pierwszej sesji i nie zagrałem dobrego snookera – dodał Paul. – Jimmy prowadził kij dużo lepiej ode mnie, końcowy wynik był sprawiedliwy. Wykradłem świetny frejm na 7-8 i powróciłem do gry, ale nie wykorzystałem szansy w następnej partii. Grałem jednak dobrze w całym turnieju. Inaczej nie znalazłbym się w finale. Będę miał sporo pewności siebie, jadąc do Sheffield.

 

Mistrzostwa Świata rozpoczęły się niecały tydzień później po zakończeniu Players Championship. Większość ekspertów była przekonana, że Hunter prędzej czy później zdobędzie najcenniejszy tytuł, a w tamtym roku był jednym z głównych faworytów. Los skojarzył go już w drugiej rundzie z przyjacielem, Matthew Stevensem i chociaż Anglik prowadził po dwóch sesjach 10-6, ostatecznie przegrał spotkanie 12-13. „Beckham Zielonego Stołu” wystąpił w Crucible jeszcze dwukrotnie, ale nigdy już nie wygrał w nim żadnego meczu.

 

Nadzieje na zobaczenie idola z najstarszym snookerowym pucharem odżyły także wśród kibiców Jimmy’ego White’a. Co prawda miał on na koncie sześć przegranych finałów w Sheffield, ale teraz, tuż przed rozpoczęciem czempionatu, wydawał się powracać do najlepszej dyspozycji. Marzenia zostały jednak brutalnie skonfrontowane z rzeczywistością. Zaledwie dziewięć dni po wielkim zwycięstwie w Players Championship „Trąba Powietrzna” przegrał w pierwszej rundzie MŚ z Barrym Pinchesem 8-10.

 

Jako ciekawostkę dodam na koniec, że opisywany przeze mnie finał Players Championship 2004 był głównym materiałem drugiego odcinka programu Eurosportu „Snooker Hall Of Frame”, który został wyemitowany kilka dni przed Bożym Narodzeniem w 2005 roku. W magazynie przez ponad trzy lata przypominane były m.in. interesujące finały i wysokie brejki. Moim zdaniem wisienkę na torcie stanowił odcinek z 23 grudnia 2007 roku, poświęcony sukcesom Steve’a Davisa. Był to chyba jedyny przypadek, gdy w programie pojawiły się materiały, pochodzące sprzed Mistrzostw Świata 2003, czyli turnieju, od którego Eurosport na dobre zaczął transmitować profesjonalne rozgrywki.

 

„Snooker Hall Of Frame” był jednym z bodźców, który rozbudził we mnie zainteresowanie historią tej dyscypliny i żałuję, że nie jest już emitowany. Cieszę się jednak, że obecnie w Internecie jest bardzo dużo meczów snookerowych z minionych dekad i mogę zobaczyć to, czego nie dane mi było obejrzeć na żywo. Na następną środę przygotuję artykuł poświęcony meczowi z końcówki lat osiemdziesiątych, ale więcej szczegółów na razie nie zdradzę.

 

Gorąco zapraszam na moją stronę na Facebooku „Snooker Heroes” oraz na powiązane z nią konto na Twitterze, gdzie codziennie zamieszczam wpisy poświęcone dawnym i obecnym mistrzom zielonego stołu.

 

Autor: Mikołaj Małecki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Champion of Champions – z czym to jeść?

Rozpoczął się turniej Champion of Champions – już nie taka nowinka w kalendarzu, bo do Coventry powraca po raz trzeci. Jest to następca popularnej serii Premier League, która w czwartkowe wieczory przyciągała na halę oraz przed telewizory spore grono fanów.

Jest to turniej inny niż wszystkie przede wszystkim ze względu na fakt, że transmituje go ITV4. Relacja zaklepana jest na „sztywno” w godzinach 12:45-17:15 i 18:45-23:15. W studiu komentować turniej będą po raz kolejny kraciasty Alan McManus oraz Neal Foulds. Zobaczymy tylko 3 sędziów: Meike Kesseler, Paula Colliera oraz Brendana Moore’a.

sedziowie

Sędziowie turnieju Champion of Champions 2015

Różnicę widać nawet gołym okiem – oświetlenie, ubiór zawodników (szczególnie nasze ulubione krawaty i czerwone maki na kamizelkach) oraz kolorystyka są wyjątkowe.
Czy lepsze czy gorsze pozostawiamy Wam do ocenienia, ale na pewno trzeba przyznać, że impreza jest pełna uroku. Inny jest też organizator- jest to impreza promowana przez Matchroom Sport Barry’ego Hearna, a nie przez World Snooker.

coventry

Pierwsze cztery dni turnieju Champion of Champions to rozgrywki grupowe. Faza grupowa składać się będzie z 3 meczów dziennie. Półfinały w grupie rozgrywane są w systemie BO7, finał BO11. Faza grupowa wyłoni 4 zawodników, którzy w sobotę rozegrają półfinały turnieju. W niedzielę, 15.11, pozostanie już tylko dwójka, która zagra mecz BO19 o tytuł najlepszego z najlepszych. Zwycięzca oprócz trofeum zabierze do domu £100.000, finalista £50.000.

Ronnie – Champion of Champions 2013

 

Ronnie - Champion of Champions 2014

Ronnie – Champion of Champions 2014

16 zawodników biorących udział w tym turnieju to zwycięzcy turniejów, które odbyły się od poprzedniej edycji CoC. Ze startu zrezygnował tryumfator z ubiegłego roku Ronnie O’Sullivan. Grupy oraz dni rozgrywek wyglądają następująco:

Grupa1

  • John Higgins (2015 Welsh Open, 2015 Australian Goldfields Open,  2015 International Championship)
  • Joe Perry (2015 Players Championship
  • Allister Carter (2015 Paul Hunter Classic)
  • Michael White (2015 Indian Open,

 

Grupa2

  • Mark Selby (2015 German Masters, 2015 China Open,
  • Barry Hawkins (2015 Riga Open)
  • Stephen Maguire (2014 Lisbon Open)
  • Mark Allen (2015 Bulgarian Open)

Grupa3

  • Stuart Bingham (2015 Championship League, 2015 World Championship,
  • Judd Trump (2015 World Grand Prix,
  • Zhou Yuelong (2015 World Cup)
  • Kyren Wilson (2015 Shanghai Masters)

Grupa4

  • Neil Robertson (2015 Gdynia Open)
  • Rory McLeod (2015 Ruhr Open)
  • Shaun Murphy (2015 Masters, 2014 Ruhr Open
  • Yan Bingtao ( 2015 World Cup)

 

Harmonogram fazy grupowej jest następujący:

Wtorek, 10.11.2015
14:00 Stuart Bingham  v Zhou Yuelong
15:00 Judd Trump  v Kyren Wilson

20:00 finał grupy 3

 

Środa, 11.11.2015
14:00 John Higgins  v Ali Carter
15:00 Joe Perry  v Michael White

20:00 finał grupy 1

 

Czwartek, 12.11.2015
14:00 Neil Robertson  v Rory McLeod
15:00 Shaun Murphy v Yan Bingtao

20:00 finał grupy 4

 

Piątek, 13.11.2015

14:00 Mark Selby v Stephen Maguire
15:00 Barry Hawkins  v Mark Allen

20:00 finał grupy 2

 

Kto może niech ogląda – na pewno nie będzie żałował. W końcu to turniej najlepszych ubiegłych 365 dni. Wyniki i komentarze będziemy wrzucać na profil facebookowy: www.facebook.com/snookerON

Przed nami snookerowy tydzień. Zobaczmy więc kto zdobędzie tytuł Champion of Champions 2015!

Throwback Monday, czyli równo tydzień temu…

…Stuart Bingham został snookerowym mistrzem świata. Moment radosny, a jakże, ale również nieco przygnębiający, bo przecież oznaczający koniec turnieju, którym żyliśmy przez ponad dwa tygodnie.

Tydzień minął, emocje nieco opadły, odespaliśmy nieprzespane noce i odpracowaliśmy to, co zawaliliśmy z powodu oglądania wielogodzinnych transmisji.

Czas na spokojny przegląd tego, co działo się w tym roku w Crucible Theater w Sheffield.

Niespodzianka roku to bez wątpienia Stuart Bingham i zdobycie przez niego mistrzostwa. Kariera Binghama trwa od ponad dwudziestu lat i w tym czasie nigdy nie dostał się nawet do półfinału MŚ, a tylko raz był w ćwierćfinale – dwa lata temu. Dla wielu szokiem było już to, że tym razem w ćwierćfinale pokonał Ronnie’ego O’Sullivana. Szczęki opadały nam coraz niżej, kiedy po deciderze w półfinale wygrał z faworytem niemal wszystkich, Juddem Trumpem. Chodziliśmy i mówiliśmy „No ale z Murphym to już nie ma szans”. Miał. I je wykorzystał, z bezlitosną skutecznością budując wygrywające brejki, kiedy tylko nadarzała się okazja. Sam powiedział, że uwierzył w to, że może zdobyć mistrzostwo, kiedy wbijał decydujące bile w ostatnim frejmie pojedynku z Murphym, ale że myśl o zwycięstwie pojawiła się właśnie po pokonaniu Ronnie’ego: Kiedy wygrałem z Ronniem obudziłem się następnego dnia o 6 rano i w głowie zacząłem układać sobie przemówienie zwycięzcy. Potem jednak sam sprowadziłem się na ziemię. Judd i Shaun to zawodnicy, którzy dorastali na moich oczach, nie boję się ich. Ale to ja dorastałem, kiedy Ronnie wygrywał mistrzostwo za mistrzostwem, jest świetnym zawodnikiem, dla mnie najlepszym na świecie.
I choć na porządku dziennym w Crucible były żarciki, że być może Bingham powinien zacząć reklamować chusteczki Kleenexu, bo od ćwierćfinałów płakał po każdym wygranym meczu, to kiedy wzniósł nad głowę trofeum w towarzystwie swojej rodziny, z synkiem Shae i żoną Michelle na czele, nie było chyba w Crucible osoby, której nie zakręciła się łezka w oku.

stuart z rodziną

Najbardziej zabawne i zapadające w pamięć momenty mistrzostw? Do tych drugich z pewnością należy frejm rozegrany przez Ronnie’ego O’Sullivana w skarpetkach i kolejne w butach dyrektora turnieju. Także słynna „chalkgate”, czyli sytuacja w której Ronnie za pomocą kredy sprawdził sobie, jak wracająca różowa zblokuje mu czerwone. Huczało przez kilka dni, tym bardziej, że sędzia nie podyktował za to faulu. Wyczyny O’Sullivana są jednak jak zwykle na granicy i wyznam, że średnio mnie już bawią, choć nie da się o nich nie mówić. Były jednak znacznie zabawniejsze momenty. Moim ulubionym jest Jan Verhaas uczynnie pomagający Barry’emu Hawkinsowi z niesforną muszką oraz ten sam Jan Verhaas stojący grzecznie z przeszkadzającym zawodnikowi w uderzeniu wiaderkiem z lodem.

muszka

Hitem był maks Dinga Junhuia, którego nie było, bo Chińczyk po 12 czerwonych i 12 czarnych nadal nie zorientował się, że jest w ataku na 147 i zagrał do niebieskiej. Było też sporo mikrosytuacji, które przypominają się po dłuższym namyśle, ale wywołują na twarzy uśmiech – dwa zawały Binghama, jeden, kiedy tuż przed rozbiciem nastąpiło sprzężenie w sprzęcie telewizyjnym i Crucible wypełnił nieznośny pisk, i drugi, kiedy w finale pomiędzy uderzeniami z hukiem upadł ciężki statyw od kamery, który niefortunnie przewrócił jeden z operatorów. Paul Collier i latająca czarna. Oliver Marteel i klątwa różowej, którą co chwilę musiał wkładać w pakę czerwonych, bo punkt był zajęty. I wreszcie finałowy hit w 31. partii, kiedy Stuart Bingham po ponadgodzinnej batalii taktycznej oznajmił Shaunowi Murphy’emu, że już nie wytrzyma i musi iść do toalety. Muszę dodać, że z tej okazji skorzystało również całkiem sporo widzów 😉
Bohaterowie mistrzostw? Oczywiście, zawodnicy, także sędziowie… Ale bohaterów było więcej. Zakulisową gwiazdą i czołowym celebrytą w Crucible był Nico McBrain, perkusista Iron Maiden. Nie tylko dlatego, że jest oczywiście tytanem rocka, ani nie dlatego, że naprawdę łatwo wypatrzeć go w tłumie, ze względu na długie blond pióra, twarz zakapiora oraz rockandrollowy ubiór. Przede wszystkim dlatego, że Nico podbija serca w sekundę – jest przemiłym, serdecznym, wiecznie uśmiechniętym facetem, który nie jest znudzony ani oburzony nawet po setnym zdjęciu zrobionym sobie z kolejnym natrętnym fanem. I nie jest „januszem”, niedzielnym kibicem snookera, nie przyjeżdża do Crucible po to, żeby się polansować ze swoim przyjacielem, Kenem Dohertym, ale po to, żeby z wielką uwagą i pasją śledzić pojedynki. Nie odpuszcza prawie żadnego frejma, ląduje na posterunku na początku porannej sesji i wychodzi po zakończeniu wieczornej. Niedługo trudno będzie sobie wyobrazić mistrzostwa świata bez jego obecności.

agi z nico

I wreszcie cisi bohaterowie tych mistrzostw. Ludzie, których nie widać, ale dzięki nim my mamy co oglądać i oglądamy to w najlepszej możliwej jakości. Mam na myśli ekipę World Snookera, mam na myśli ekipę techników i fitterów oraz ekipę operatorską i telewizyjną. Pracują za czterech, pracują, kiedy my jeszcze lub już śpimy, robią to sprawnie i profesjonalnie. Dlatego też stół i całe osprzętowanie wokół zniknęły już w kilka godzin po zakończeniu finału… I nie oszczędzimy czytającym tego przygnębiającego widoku!

sad stółsad i po stole
Ale na pociechę – widzimy się za rok w Crucible 🙂

cru selfie

ms

Za kulisami Crucible

cru

Crucible Theatre, nazywany świątynią snookera i domem snookera. Teatr, który jest areną zmagań w snookerowych Mistrzostwach Świata i pozostanie nią tak długo, jak się da – przynajmniej tak wynika z wczorajszych zapewnień szefa World Snookera, Barry’ego Hearna. Wszyscy widzimy, co dzieje się na scenie tego teatru. Ale ile ciekawych rzeczy dzieje się za kulisami! Czas zatem na małą wycieczkę za kulisy.
Zakulisową gwiazdą numer jeden jest mistrz ceremonii, Rob Walker. Charakterystyczna patykowata sylwetka i ADHD. To właśnie on zapowiada zawodników wchodzących na arenę, to on rozgrzewa publiczność przed meczami i przepytuje snookerzystów po meczach. Walker dla snookera jest tym, kim Michael Buffer dla boksu – trudno wyobrazić sobie mistrzostwa świata bez jego obecności. Warto dodać, że Roba znacznie wcześniej słychać na korytarzach Crucible, niż widać.

Na tych samych korytarzach spotkać można Agatę Czerwińską, czyli mózg strony, na której się znajdujemy. Agata jest organizatorką jedynego w naszym kraju rankingowego turnieju snookera Gdynia Open i jedyną Polką pracującą dla World Snookera. Agata w Cru także zajmuje się organizacją zawodów.

agi

Atmosferę mistrzostw w dużej mierze tworzą kibice, a ci przybyli tu z różnych zakątków świata. Najwierniejszym jest bez wątpienia David Jackson z Australii, którego łatwo zauważyć w telewizyjnych transmisjach, bo zawsze siedzi w pierwszym rzędzie, prezentując niekonwencjonalne krawaty i często ucina sobie drzemkę. W tym roku mieliśmy także okazję usłyszeć po raz pierwszy w Crucible pokaz jodłowania, ponieważ wśród kibiców znalazł się norweski mistrz tej odmiany śpiewu, Bjoern.

http://www.bbc.co.uk/sport/0/snooker/32503002
Nie wiemy kto zagra w finale turnieju, ale na pewno wiemy już, kto będzie ten finał sędziował. Tego zaszczytu w tym roku po raz pierwszy w karierze dostąpi Oliver Marteel, belgijski arbiter, który na co dzień pracuje jako pielęgniarz w szpitalu. To dopiero drugi sędzia z Europy kontynentalnej, który będzie zarządzał najważniejszym meczem snookera w sezonie. Koledzy – Jan Verhaas, Brendan Moore i Paul Collier – żartobliwie nazywają go „Belgian Truffle”, ale Oliver nie przepada za tym pseudonimem. Dla Marteela finał MŚ jest spełnieniem marzeń:
To jak wejście na Mount Everest, jest to coś, co każdy sędzia chce kiedyś osiągnąć. Presja jest ogromna, bo masz świadomość, że ogląda cię nie tylko ten tysiąc kibiców w Crucible, ale miliony widzów na całym świecie. Ale zawsze powtarzam, że przecież to wciąż ten sam stół, te same bile, dwóch zawodników i te same zasady, więc choć oczywiście to wyjątkowy mecz, wszystko inne powinno być jak w każdym spotkaniu i to trzeba wbić sobie do głowy.
Marteel zaznacza jednak, że ma kolejne cele, choć już wspiął się na szczyt. Jego kolejnym marzeniem jest sędziowska „potrójna korona”, czyli sędziowanie finałów MŚ, UK Championship i The Masters. W gronie sędziów w tym roku nie ma żadnej kobiety. Tradycyjnie wśród grających nie ma żadnej kobiety, bo do tej pory nie znalazła się snookerzystka, która byłaby w stanie rywalizować na tym poziomie. Ale nie oznacza to, że podczas meczów na arenie nie ma żadnej kobiety – po raz pierwszy zdarzyło się, żeby mistrzostwa świata obsługiwała pani operator. Ma na imię Mari, jest Walijką i od wielu lat zajmuje się pracą przy kamerach podczas wydarzeń sportowych. Jest fanką snookera i jej wielkim marzeniem było przyjechać do Crucible. To marzenie w tym roku się spełnia, a proszę mi wierzyć, że operatorzy kamer podczas mistrzostw wykonują prawdopodobnie najtrudniejszą i najbardziej wymagającą fizycznie pracę. Przy tym trudno wskazać podczas mistrzostw świata bardziej serdeczną i sympatyczną grupę. Chociaż ekipy nie widać, gdyby nie Mari, Geoff, Damien, Laurence, Duncan, Jim i inni – nie oglądalibyśmy mistrzostw.

mari

Wielka impreza wiąże się oczywiście z wielkimi pieniędzmi. Od wielu lat mistrzostwa świata sponsorują firmy bukmacherskie. W tym roku pula nagród w mistrzostwach świata jest rekordowa i wynosi ponad milion funtów. Zwycięzca otrzyma 300 tysięcy funtów. Barry Hearn zapowiedział, że w ciągu dwóch lat ta pula wzrośnie do dwóch milionów, a zwycięzca dostanie pół miliona.

ms

Sz(k)ot, Sz(k)ot, Sz(k)ot!

mcgill

Klątwa Crucible – Mark Selby 1:0. Klątwa ma wciąż 100% skuteczności na „świeżych” mistrzach świata. Żadnemu snookerzyście, który zwyciężył w Cru po raz pierwszy, nie udało się obronić tytułu. Mark Selby też nie obroni. Nie zagrał w drugiej rundzie źle, ale zderzył się ze ścianą. Sympatyczną, uśmiechniętą, rudą ścianą. Ściana nazywa się Anthony McGill i poświęciliśmy mu już tutaj co najmniej kilka zdań. Młody Szkot od początku meczu dobrze radził sobie z Jesterem, po czym odsunął go na odległość kilku frejmów i nie pozwolił mu na kolejny ze słynnych powrotów. McGill nie dał się przestraszyć, nie dał się zanudzić, nie wymiękał w grze taktycznej, a kiedy trzeba było wbijać, ręka mu nie drżała. A może i nawet drżała, w końcu Higginsowi też drży, ale Little McNugget i tak trafiał bile pod dużą presją. Niesamowity występ, tym bardziej, że przecież McGill to debiutant! Mark Selby podkreślił, że nie ma powodu, by Ants nie kontynuował swojego uśmiechniętego marszu aż do finału.
Przed Szkotem ćwierćfinałowy pojedynek z Shaunem Murphym lub Joe Perrym. Jeśli do 1/4 awansuje Murphy, jedno w tym spotkaniu będzie pewne – obaj zawodnicy zagrają z wypiekami na twarzy. W obu przypadkach my będziemy natomiast oglądać ten mecz z wypiekami na twarzy, a szczęśliwcy być może i z wypiekami na stole 😉
Wspomniałam o Higginsie, który rozegrał drugą sesję spotkania z Dingiem Junhuiem. Sprawa jest prosta, Higgins nie wyszedł do Iron Sky i przegrywa 7:9. Przegrywa także Dott z Binghamem i przegrywa Hawkins z Allenem.

Delilah, Kanye i Paolo Nutini, czyli snookerowa playlista

higgins

My, my, my oraz why, why, why – jakże adekwatne słowa do aktualnego statusu Marka Williamsa w Crucible Theatre… „Borsuk” został zmieciony w pierwszej rundzie w derbach Walii 2 do 10 przez Matthew Stevensa. Pozostało zatem powiedzieć papa i zadać sobie pytanie dlaczego… ale równie dobrze można to zaśpiewać! A tak się składa, że biesiadne wykonanie frazy  „why, why, why” znajduje się w piosence, którą Mark Williams wybrał jako „walk on music” – nieśmiertelnej „Delilah” Toma Jonesa. Przypadek? Oczywiście, ale moją dźwiękową duszę skłania to do przyjrzenia się muzyce, którą finaliści MŚ postanowili uczynić swoim towarzyszem przy wchodzeniu na arenę w Crucible.
Mark Selby po raz kolejny wybrał piosenkę zespołu Kasabian – tym razem jest to „eez-eh”. Wybór aktualnego mistrza świata nie był trudny do przewidzenia, wszakże od lat wiadomo, że zna się i lubi z muzykami tego zespołu. A w „eez-eh” zwraca uwagę fraza „I got the feeling that I’m gonna keep you up all night”. Ekhm. Znając Selby’ego – rzeczywiście, wielce prawdopodobne 😉

Aż podskoczyłam na widok dwóch utworów, które znalazły się na tegorocznej liście. Kiedy wielokrotnie zastanawiałam się, jaka piosenka dobrze brzmiałaby na wejście, zawsze do głowy przychodzi mi Kanye West z Rihanną i „All of the lights”. Pozycja być może z gatunku mało ambitnych, ale rrrany, jak ten dęty początek idealnie majestatycznie brzmi, żeby właśnie przy jego akompaniamencie gdzieś wejść…

I właśnie ten utwór pojawił się na liście obok nazwiska Judda Trumpa. Zdążyłam się zatem podekscytować, a tymczasem jakież było moje zdumienie i jakiż wielki był zawód, kiedy Judd wkroczył na arenę przy dźwiękach czegoś równie mało ambitnego, za to pozbawionego walorów dętych. Cóż. Pasowało do naszywki Burger Kinga.

Zawodnikiem, którego wybór muzyki absolutnie mnie zachwycił, jest w tym roku John Higgins. Szkot postawił na szkocką młodą gwiazdę i wybrał utwór „Iron Sky” Paolo Nutiniego. Tak, nie pomyliłam się – Paolo Nutini, choć nazwisko nie brzmi, jest ze Szkocji. Szkotką jest jego matka, ojciec natomiast jest Włochem, stąd egzotyczne brzmienie. W Polsce Nutini na szersze wody wypłynął jakoś rok temu z singlem „Scream (Funk My Life Up)” i co mogę powiedzieć… niech żegluje, bo jest świetny. Brawo, brawo John Higgins. Dla mnie muzycznie wygrał mistrzostwa.

Dwaj zawodnicy do sprawy muzycznej podeszli iście boksersko, i to boksersko w wydaniu najlepszym, bo braci Kliczków. Nie, Ukraińcy nie zaczęli śpiewać, ale Robin Hull wybrał „Hells Bells” AC /piorun/ DC, towarzyszące zwykle na wejście Witalijowi, Stuart Bingham zaś „Can’t stop” Red Hotów, do którego na ring wkraczał Władimir.

Nie trzeba słuchać niektórych utworów, żeby się uśmiechnąć na myśl o tym, kto do nich wkracza. Wystarczy spojrzeć na tytuły. Anthony McGill – „This Charming Man” by The Smiths. No nie da się ukryć 🙂 Ronnie O’Sullivan – „The Changing Man” by Paul Weller. Wystarczy przeczytać „Running”, żeby zrozumieć. Jamie Jones – „Sexy and I Know It” by LMFAO. Można polemizować, ale nie można odmówić poczucia humoru. Podobnie jak Robertowi Milkinsowi z jego „I’m a Cider Drinker” by The Wurzels. Na żart nie zdecydował się Robbie Williams i nie wyszedł do żadnego utworu Robbie’ego Williamsa. Szkoda.

Ali Carter wychodzi do „Spectrum” Florence and the Machine. „We are shining,
and we’ll never be afraid again”. Nie wymaga komentarza.

Przez lata zawodnicy wybierają piosenki, które akompaniują im, kiedy zbiegają po czerwonych schodkach. Tylko niektóre połączenia osobowo-muzyczne zapadają w pamięć, ale mnie szczególnie tkwią w niej dwa. Dominic Dale wychodzący do „La donna è mobile” Verdiego, Dale znany z talentu do operowego śpiewu i do tego Dale, którego dopiero co porzuciła jego donna.
I przede wszystkim Ronnie O’Sullivan, któremu przez jedne ze zwycięskich mistrzostw towarzyszyło „Let me entertain you” wspomnianego już Robbie’ego Williamsa. To grało. I on grał wtedy jak z nut.

A, i od razu mówię, że snookerzysta też „è mobile”, zatem nie ręczę za to, że ktoś niczym Judd nie zmienił w ostatniej chwili swoich preferencji 😉
ms

Careless & Shoeless

Ding Junhui i Ronnie O’Sullivan byli gwiazdami wtorku w Crucible Theatre.
Ten pierwszy po fatalnym początku spotkania z Markiem Davisem odrodził się i awansował do drugiej rundy. Ale to nie jego awans przejdzie do historii snookera, ale brejk maksymalny, którego Ding przegapił.
Chińczyk ze skupieniem i precyzją wbijał na przemian czerwone i czarne. Kibice zaczęli zaciskać kciuki, pot wstąpił na czoło sędziego, grę zastopowali niemal zawodnicy na sąsiednim stole, rozgrzewkę na stole treningowym przerwał Marco Fu, a Dark Mavis zasępiony czekał na wielki wyczyn rywala. A tymczasem ku bezbrzeżnemu zdumieniu wszystkich, mając na koncie 12 czerwonych i 12 czarnych, Ding złożył się do uderzenia, trafił… i poprowadził białą bilę na pozycję do NIEBIESKIEJ. Crucible oniemiało, a Chińczyk dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Brzmi nieprawdopodobnie, ale Ding tak skupił się na wbiciach i budowaniu brejka, że nie zauważył, że zbudował nie tylko fundamenty, ale już co najmniej ściany nośne maksa. Kiedy dotarło do niego jak wielki błąd popełnił, a sala gruchnęła wraz z nim pełnym niedowierzania śmiechem, Ding próbował ratować niedoszłe 147 cięciem czarnej, ale ta nie wpadła i ostatecznie Chińczyk nie dobił nawet do setki. Twitterowe towarzystwo snookerowe, które uwielbia słowo „careless”, oszalało – dziś można było go używać do woli.

Następnie z niecierpliwością oczekiwaliśmy sesji popołudniowej, bo w niej pojedynek z debiutantem, Craigiem Steadmanem, zaczynał Ronnie O’Sullivan. Chciałoby się powiedzieć 3, 2, 1… ignition! Rakieta odpalił i już w pierwszej partii zaatakował maksa (i co ważne – wiedział, że go atakuje 😉 ). Skończyło się na 104 punktach. Prawdziwym bohaterem tej pierwszej sesji było jednak obuwie O’Sullivana. W pewnym momencie Ronnie zaczął się krzywić, rozsupłał sznurowadła jednego z butów, bo czym zdjął go zupełnie. Do następnego frejma podszedł w samych skarpetkach i w nich też budował brejka. Zawrzało. Na sali panowały głównie śmichy-chichy, ale za kulisami nie było do końca wesoło – w końcu gra w skarpetkach, nawet eleganckich, nijak ma się do regulaminowego stroju na MŚ. Ronnie rozpytywał nawet wśród kibiców, czy ktoś nie nosi „ósemki” jak on i ostatecznie na kolejną partię wrócił w butach. Znacznie mniej błyszczących niż te, w których rozpoczął pojedynek. Jak się okazało, ten sam rozmiar co O’Sa nosi Mike Ganley – dyrektor turnieju. To właśnie w jego butach O’Sullivan wyszedł na prowadzenie 7:2 ze Steadmanem.

Cóż, od jakiegoś czasu Crucible nie byłoby sobą, gdyby choć raz w trakcie turnieju wszystko nie kręciłoby się wokół czyichś butów.

Rudy bohater i powrót Kapitana

AliPo trzech dniach spędzonych na bacznym śledzeniu wydarzeń w Crucible jesteśmy spokojni o emocje w tegorocznych MŚ (no dobra, i tak byliśmy, ale zawsze miło się przekonać naocznie). Na bohatera pierwszego dnia wyrósł Kurt Maflin, o którym szerzej w poprzednim wpisie, ale jednakże był to bohater przegrany. Wygranym bohaterem został natomiast wiecznie uśmiechnięty, młody, rudy Szkot – Anthony McGill. W nieprawdopodobym spotkaniu pokonał innego Szkota – Stephena Maguire’a, który tym samym podtrzymał swoją przygnębiającą tradycję odpadania z rozgrywek w Crucible w pierwszej rundzie (to trzeci raz z rzędu!). McGill zaczął spotkanie od prowadzenia, ale dał się dogonić starszemu koledze. W deciderze natomiast z promiennym uśmiechem zapakował 122-punktowego brejka i awansował do drugiej rundy. Trwa poszukiwanie przydomka dla rudzielca, na razie niektórzy nieśmiało nazywają go „Little McNugget”, zauważając bardzo duże podobieństwo McGilla do Steve’a Davisa, zwłaszcza w sposobie bycia i poruszania się wokół stołu. No i w powszechnym budzeniu sympatii.

Najbardziej jednostronnym do tej pory pojedynkiem było spotkanie Neila Robertsona z Jamiem Jonesem – Australijczyk, zapewne ku uciesze wiernego kibica z Antypodów, który w tym roku znów siedzi w pierwszym rzędzie, oddał rywalowi zaledwie dwa frejmy. Na drugim biegunie szybkości byli zdecydowanie Mark Davis i Ding Junhui. Zagrali jedną sesję, ale nie udało im się zmieścić w niej dziewięciu partii. Dark Mavis wyszedł na prowadzenie 4:0, ale po minisesyjnej przerwie Ding nadgonił i przewaga Anglika to już tylko jeden frejm, 4:3. Będą musieli przyspieszyć.

Wydawało się także, że nigdy nie skończy się spotkanie Stuarta Binghama z Robbiem Williamsem, ale ostatecznie ten pierwszy z pomocą tego drugiego zameldował się w II rundzie.

Stracha Barry’emu Hawkinsowi napędził Matthew Selt, ale skończyło się na szalonej pogoni do decidera, w którym rozstawiony zawodnik jednak zdołał wyeliminować kwalifikanta.

Bardzo cieszy dobry powrót Alego Cartera. Kapitan, który w najlepszej szesnastce znalazł się, bo World Snooker zamroził jego ranking ze względu na kolejną batalię z nowotworem, pokazał, że nie tylko pokonał złośliwą chorobę, ale że jest w formie na pokonywanie rywali. W pierwszej rundzie gra z Alanem McManusem, którego strój pozwala przypuszczać, że jeśli za rok znów znajdzie się w Mistrzostwach Świata, w kratkę będą także jego buty, muszka i koszula. Carter prowadzi 6:3 i choć wbił w tej sesji brejka stupunktowego to na szczególną uwagę zasługuje sześćdziesiątka z partii nr 9, którą Anglik zbudował z niewiarygodnie trudnego układu.

Czekamy, aż do walki wkroczą Judd Trump i Ronnie O’Sullivan. Powinno być jeszcze ciekawiej.

Crucible – sneak peak

Crucible 2015

 

Klątwa Crucible już zacierała rączki, żeby w ekspresowym tempie dopaść w tym roku obrońcę tytułu. Mark Selby był o krok od odpadnięcia z MŚ w pierwszej rundzie, a sprawcą tej niespodzianki mógł być wspominany przez nas Norweg, Kurt Maflin. Pierwsza sesja pojedynku pokazała, że skandynawski debiutant nie znalazł się w Crucible Theatre przypadkowo, ale jednak to „Jester” zakończył ją prowadzeniem 6:3. Heca zaczęła się w sesji wieczornej. Maflin doprowadził do remisu 8:8, potem wyszedł na pierwsze w spotkaniu prowadzenie 9:8, ale kolejne dwa szalone frejmy wygrał Anglik. Norweg napędził mu jednak niezłego stracha i Selby po zwycięstwie cieszył się niemal tak, jak rok temu z pokonania Ronnie’ego w finale. To jednak pierwszy przystanek na drodze do złamania słynnej klątwy, a Selby w kolejnych meczach będzie miał tylko i wyłącznie coraz bardziej pod górkę. Jego przeciwnika wyłonią rozpoczęte już szkockie derby – kolejny debiutant, Anthony McGill, prowadzi po pierwszej sesji ze starszym kolegą bez muszki, Stephenem Maguire’em 6:3, a ostatniego frejma wykradł mu koncertowo. Wykradł też serca tej części publiczności, która nie kibcowała mu wcześniej, zwłaszcza uroczym kłanianiem się białej bili po tym, jak ta łaskawie ustawiła się w pięknym snookerze za czarną. Niezależnie od tego, z kim zagra więc Selby w II rundzie, będzie ciężko. Jeśli wygra McGill, wciąż jeszcze aktualnego mistrza czeka zderzenie z uśmiechniętym snookerem, który do tego potrafi dźwignąć presję. Jeśli wygra Maguire, będzie to oznaczało, że albo McGill na drugą sesję nie przyszedł, albo że Stephen ma naprawdę wiele do pokazania, co też Selby’emu dobrze nie wróży. No i ta zacierająca rączki klątwa… Pierwszy dzień mistrzostw nie przyniósł na razie zdecydowanej dominacji żadnego zawodnika. Solidniejsze prowadzenie ma jeszcze tylko John Higgins – 6:3 z Robertem Milkinsem. Marco Fu zaczął dość dobrze, ale tylko 5 do 4 prowadzi z Jimmym Robertsonem. Również jednym frejmem po pierwszej sesji prowadzi z Rickym Waldenem Graeme Dott, który próbował nawet atakować brejka maksymalnego, ale to jego rywal popisał się okazałym brejkiem, wbijając 135 punktów. Po pierwszym dniu mówimy więc „brawo!” zwłaszcza Kurtowi Maflinowi i Anthony’emu McGillowi i „uff” Markowi Selby’emu. Mówimy też „tęskniliśmy!” Robowi Walkerowi, panu z Australii w pierwszym rzędzie i czterem czerwonym schodkom prowadzącym na arenę. Niedziela przyniesie rozstrzygnięcia tych pojedynków, które ropoczęły się w sobotę, a do akcji od pierwszych bil wkroczą Barry Hawkins i Matthew Selt oraz Neil Robertson i Jamie Jones