Archiwa kategorii: Bez kategorii

 Mistrzostwa Świata dwadzieścia lat temu

W tym roku snookerowe Mistrzostwa Świata po raz czterdziesty goszczą w Crucible Theatre. W 1996 roku, gdy również obchodziliśmy okrągłą rocznicę, widzowie byli świadkami jednej z najbardziej interesujących edycji snookerowego czempionatu w historii. Nie zabrakło dramaturgii, kontrowersji i wysokiego poziomu. Jedyne, czego zabrakło, to czterech wbić do odnotowania pierwszego maksymalnego brejka w finale MŚ.

 

Od połowy lat dziewięćdziesiątych Stephen Hendry był coraz częściej „kąsany” przez młodszych kolegów (Higginsa, Ebdona, Doherty’ego, O’Sullivana czy Williamsa), ale z jakimikolwiek problemami nie zmagałby się w trakcie sezonu, w Crucible Theatre wciąż pozostawał niepokonany. Przystępując do Mistrzostw Świata 1996 miał na swoim koncie dwadzieścia wygranych meczów z rzędu, a poprzednią porażkę odnotował w 1991 roku, padając w ćwierćfinale ofiarą „klątwy Crucible”. Taka dominacja jednego zawodnika nie podobała się większości sympatyków snookera, zwłaszcza, że Stephen aż czterokrotnie zabierał trofeum sprzed nosa „mistrzowi ludu”, Jimmy’emu White’owi. Prawie każdy chciał, aby temu okropnemu Szkotowi wreszcie powinęła się noga. Jednym z głównych pretendentów do powstrzymania dominatora był dwudziestoletni Ronnie O’Sullivan. Anglik już raz wylał kubeł zimnej wody na głowę Hendry’ego, niespodziewanie pokonując go w finale UK Championship 1993 i jednocześnie zabierając mu miano najmłodszego triumfatora w turnieju rankingowym.

 

Stephen i Ronnie zagrali po raz pierwszy na Mistrzostwach Świata w 1995 roku. Wówczas doświadczony Szkot zwyciężył 13-8. Na początku następnego roku Hendry wygrał 10-5 w ich jedynym spotkaniu w finale Masters (niestety, poza przedostatnią partią, nadal niedostępnym w sieci). A zatem kiedy okazało się, że na Mistrzostwach Świata panowie mogą wpaść na siebie dopiero w ostatnim meczu, wiele osób ostrzyło sobie ząbki na właśnie taki finał czempionatu. Dodatkowego smaczku dodawał fakt, że dla O’Sullivana była to ostatnia szansa na pobicie cennego rekordu Hendry’ego i zostanie najmłodszym mistrzem świata. A trudno uczynić to w bardziej spektakularny sposób niż pokonując dotychczasowego rekordzistę w finale.

 

Okazało się jednak, że szkocki czempion napotkał spore trudności już w pierwszej rundzie. Sprawił mu jego nie kto inny, jak obecny prezes WPBSA, Jason Ferguson, który po raz drugi w karierze występował w Crucible Theatre. Stephen Hendry przegrywał 3-6 po pierwszej sesji i być może jego najbardziej zagorzali przeciwnicy już mrozili szampana, aby świętować sensacyjną porażkę dotychczasowego dominatora. Ale Szkot raz jeszcze udowodnił swoją waleczność przy snookerowym stole i wieczorem pierwszego dnia turnieju awansował do kolejnej rundy, wygrywając 10-8 i wieńcząc mecz czwartym brejkiem stupunktowym. Ferguson powrócił do Crucible jeszcze dwa lata później, ale podobnie jak w latach 1992 i 1996 nie przebrnął pierwszej rundy.

 

Z kolei O’Sullivan przeszedł przez swój pierwszy mecz gładko (10-3), ale napytał sobie biedy po jego rozegraniu. Przez większą część jednego z ostatnich frejmów pojedynku z Alainem Roubidoux Ronnie grał pozornie słabszą lewą ręką, co przeciwnik i spora część snookerowego światka uznała za lekceważące. Anglik dolał jeszcze oliwy do ognia, stwierdzając na konferencji prasowej, że gra lepiej lewą ręką niż Roubidoux prawą. Alain wniósł oficjalną skargę i „Rakieta” stanął przed komisją dyscyplinarną. Musiał lewą ręką rozegrać trzy frejmy z Rexem Williamsem, byłym profesjonalistą i  ówczesnym prezesem WPBSA. 20-latek wygrał wszystkie partie i zarzuty o narażenie gry na zniesławienie zostały wycofane. Od tego czasu nikt już się nie dziwi, ani nie czuje lekceważony, gdy O’Sullivan gra „słabszą” ręką.

 

https://www.youtube.com/watch?v=Vs-nUiRq_GE

 

Jednak niepokorny Anglik nie mógł długo wytrzymać bez wpakowania się w tarapaty. W trakcie tego samego turnieju doszło do przepychanki pomiędzy nim, a obecnym dyrektorem profesjonalnych zawodów, Mike’iem Ganleyem (tym samym, który przed rokiem pożyczył Ronniemu swoje buty, by ten nie musiał grać w Crucible w skarpetkach). Tym razem O’Sullivan nie wywinął się od kary. Niektórzy spodziewali się nawet wykluczenia z Mistrzostw Świata, ale ostatecznie za „napaść fizyczną” krnąbrny zawodnik dostał dwuletni ban w zawieszeniu, a do zapłacenia 10 tysięcy funtów grzywny i 20 tysięcy funtów na cele charytatywne.

 

Co ciekawego zdarzyło się jeszcze w pierwszej rundzie? Jimmy White przyprawił swoich kibiców o szybsze bicie serca, pokonując Szkota Euana Hendersona dopiero w decydującej partii. Z kolei Terry Grriffiths urwał się spod topora innemu Szkotowi, Jamiemu Burnettowi. Mistrz świata z 1979 roku przegrywał w tym spotkaniu 0-6, 3-8 i 5-9, aby ostatecznie wygrać 10-9. Tym samym Walijczyk czternasty raz z rzędu przeszedł przez pierwszą rundę Mistrzostw Świata, co jest rekordem (wyrównanym w tym roku przez O’Sullivana). Spośród rozstawionych zawodników tylko dwóch przegrało w pierwszym meczu: David Roe (turniejowy numer 16) 9-10 z Garym Wilkinsonem i John Parrott (turniejowy numer 4) 6-10 z Rodem Lawlerem.

 

Bohaterem drugiej rundy czempionatu znów był Ronnie O’Sullivan. Jak na „Rakietę” przystało rozgromił Tony Drago 13-4 w zaledwie 2 godziny i 47 minut,  co wciąż jest rekordem w meczu do 13 wygranych partii. Maltańczyk zdołał jednak uszczknąć co nieco z tego pojedynku – w czwartym frejmie wbił 144 w jednym podejściu, wyrównując najwyższy brejk turnieju, który w pierwszej rundzie zbudował Peter Ebdon.

 

https://www.youtube.com/watch?v=Uite5_C161w

 

To właśnie Ebdon okazał się w 1/8 finału pogromcą Jimmy’ego White’a. Chociaż ulubieniec tłumu prowadził 10-8, koniec końców przegrał 12-13 i znów musiał odłożyć marzenia o upragnionym tytule mistrza globu. Starcie Petera i Jimmy’ego było jedynym zaciętym w drugiej rundzie, pozostałe kończyły się minimum pięciofrejmową przewagą. Hendry wygrał 13-7 z Garym Wilkinsonem, a John Higgins pokonał w szkockich derbach Alana McManusa 13-5 i w ćwierćfinale czekał go mecz z Ronniem O’Sullivanem. Zapowiadał się hit.

 

Starcia Higginsa i O’Sullivana elektryzują kibiców snookera od blisko ćwierć wieku. Ci dwaj snookerzyści są niemal równolatkami i obaj rozpoczęli profesjonalne kariery w sezonie 1992/1993. Po raz pierwszy zetknęli się ze sobą w zawodowym meczu na początku października 1994 roku. Wówczas, w 1/8 finału Dubai Classic, Ronnie wygrał 5-1. Niespełna pół roku później wciąż jeszcze nastoletni zawodnicy zadziwili wszystkich, docierając do finału Mastersa (był to pierwszy finał tego turnieju od 1989 roku, w którym nie zagrał Stephen Hendry). I tym razem Anglik odniósł zdecydowany triumf: 10-3. Jednak przed pojedynkiem o półfinał MŚ 1996 bilans wzajemnych spotkań O’Sullivana i Higginsa był minimalnie korzystniejszy dla Szkota: 5-4.

 

„Rakieta” rozpoczął ćwierćfinał od prowadzenia 3-1 do przerwy, ale później wynik zaczął mu się wymykać spod kontroli. „Czarodziej z Wishaw” doprowadził do remisu 3-3 brejkiem 137, a potem zaczął budować przewagę. Prowadził 8-4, a następnie nawet 10-5. Wydawało się, że to on osiągnie pierwszy półfinał Mistrzostw Świata w karierze. O’Sullivan jednak wcale nie chciał, żeby to Higgins odebrał Hendry’emu miano najmłodszego mistrza świata. Wygrał pięć kolejnych frejmów i na tablicy wyników znów widniał remis: 10-10. Szkot mógł czuć się fatalnie, ale zdołał wyprowadzić skuteczną kontrę. Brejkami 51 i 80 odzyskał dwufrejmową przewagę i już tylko jedna partia dzieliła go od zwycięstwa. Przy prowadzeniu 12-11 do wygranej potrzebował już tylko jednego wbicia, ale widać temu spotkaniu pisana była decydująca partia.

 

https://www.youtube.com/watch?v=Mrb4I4MJo4w

 

Zatem Ronnie awansował do najlepszej czwórki turnieju, w której miał za rywala Petera Ebdona. Drugą parę półfinałową utworzyli Stephen Hendry i Nigel Bond, czyli finaliści poprzedniej edycji czempionatu. Finał marzeń – Hendry kontra O’Sullivan – był już na wyciągnięcie ręki. Jednak Peter Ebdon nie znalazł się w półfinale przypadkowo. Pół roku wcześniej grał w finale UK Championship, a w dalszej części sezonu osiągnął półfinał Thailand Open i finał European Open. W ćwierćfinale Mistrzostw Świata pokonał rozstawionego z „dwójką” Steve’a Davisa 13-10.

 

Starcie z O’Sullivanem również rozpoczął znakomicie. Od stanu 5-5 wygrał pięć kolejnych partii, a potem utrzymywał przewagę do wyniku 11-6. Wówczas Ronnie, podobnie jak w poprzedniej rundzie, rozpoczął skuteczną pogoń. Wbił kolejno brejki 63, 139, 103, 94 i 66, doprowadzając do remisu. Od tego momentu zawodnicy wygrywali partie naprzemiennie. Przy wyniku 15-14 dla Ebdona, O’Sullivan miał dogodną okazję na doprowadzenie do decydującej partii. A wtedy było już wiadomo, że Hendry ma gigantyczne prowadzenie po trzeciej sesji i tylko formalnością jest jego awans do finału.

 

https://www.youtube.com/watch?v=eUxnewBAp9I

 

Ostatecznie potyczki Stephena i Ronniego w decydującym meczu Mistrzostw Świata nie zobaczyliśmy ani w 1996 roku ani w żadnym innym. Zmierzyli się czterokrotnie w półfinale w Crucible (obaj wygrali po dwa mecze), ale szkoda, że nie dane im było zagrać o tytuł. Kto wie, jak wyglądałaby dzisiaj historia snookera, gdyby O’Sullivan okazał się skuteczniejszy w końcówce półfinału? Nigdy się tego nie dowiemy, bo to Ebdon awansował do finału i podjął heroiczną próbę odebrania Szkotowi pucharu, który był jego własnością od czterech lat.

 

Początek meczu dawał nadzieję na wyrównaną walkę, ponieważ Peter wyszedł na prowadzenie 4-2. Ale pierwszy dzień finału zakończył już, przegrywając 6-10 i nie zdołał odrobić strat podczas 17. dnia Mistrzostw. Należy jednak uczciwie przyznać, że nie był to rewelacyjny finał. Co prawda Hendry wbił jedenaście brejków powyżej pięćdziesięciu punktów, a Ebdon zbudował osiem takowych, ale padła tylko jedna „setka”. Za to była to „setka” wyjątkowa. Niewiele zabrakło, aby przemieniła się w brejk maksymalny. „Król Crucible” miałby wówczas na swoim koncie jeszcze jedno wspaniałe osiągnięcie.

 

https://www.youtube.com/watch?v=gIJIIi0h5OY

 

Bardzo żałuję, że ta brązowa nie wpadła do kieszeni… Co ciekawe do dzisiaj nikomu nie udało się wbić brejka maksymalnego w finale Mistrzostw Świata. Hendry, znany ze swojego perfekcjonizmu, z pewnością również był bardzo rozczarowany, ale nie odbiło się to na jego późniejszej grze. Systematycznie powiększał przewagę: 11-6, 13-7, 17-10… Ebdon zdołał wygrać jeszcze dwie partie i cały mecz zakończył się wygraną Stephena Hendry’ego 18-12. Dobrze się stało, że Szkot nie zamknął meczu wcześniej i zawodnicy musieli rozegrać jeszcze jeden frejm po przerwie. Bowiem zgodnie z tradycją BBC podczas finałów MŚ duet komentatorski zmienia się po każdej mini-sesji. Na ostatnią część finału „zaplanowano” pożegnalny komentarz Teda Lowe, który po ponad 40 latach przechodził na emeryturę. Gdyby Hendry wygrał 18-10, legendarny „Szepczący Ted” nie mógłby w ostatnim zdaniu komentarza podczas Mistrzostw Świata 1996 pożegnać się z widzami i podziękować im.

 

Stephen zdobył piąty tytuł mistrza świata z rzędu (w sumie szósty), zgarnął dwieście tysięcy funtów i wbił jedenaście brejków stupunktowych (o jeden mniej niż rok wcześniej, gdy wyrównał rekord Joe Davisa z 1946 roku) Podczas całego czempionatu odnotowano ogólnie czterdzieści osiem „setek”, co  było wówczas rekordem. Do tego, jak już zostało wspomniane, był to ostatni turniej skomentowany przez Teda Lowe (chociaż gościnnie zasiadł on w budce komentatorskiej raz jeszcze podczas Seniors Pot Black 1997), którego specyficzny sposób relacjonowania wydarzeń z zielonego stołu zapewnił mu wielką sympatię widzów i ważne miejsce w historii snookera. Wieczór 6 maja 1996 roku, zgodnie ze słowami prowadzącego pomeczową ceremonię Davida Vine’a, należał do mistrza Stephena, a BBC pożegnało widzów tradycyjną kompilacją podsumowującą Mistrzostwa Świata.

 

https://www.youtube.com/watch?v=gIJIIi0h5OY

Autor: Mikołaj Małecki

 

 

 

 

 

 

Snooker Heroes: Uśmiech mimo przegranej

Uśmiech mimo przegranej

 

W tym tygodniu w Manchesterze odbywa się finałowy turniej serii European Tour, występujący od zeszłego sezonu jako Players Championship. Jednak zawody pod taką nazwą odbyły się już w 2004 roku i nie miały z Europą kontynentalną nic wspólnego.  Zapraszam do przeczytania pierwszej części cotygodniowego cyklu, w którym będę przypominał interesujące wydarzenia z historii snookera.

 

Przed dwunastoma laty turniej Players Championship zastąpił w kalendarzu profesjonalnych rozgrywek zawody Scottish Open. I chociaż kraj, w którym rozgrywano turniej pozostał ten sam (lokalizację przeniesiono jedynie z Edynburgu do Glasgow), a za produkcję obrazu telewizyjnego nadal odpowiadała stacja Sky Sports, zawodów Players Championship – wbrew temu, co sugeruje brytyjska Wikipedia – nie należy traktować jako kontynuacji Scottish Open. Chociażby z tej przyczyny, że David Gray, który w 2003 roku triumfował na szkockiej ziemi, dwanaście miesięcy później nie był rozstawiony w drabince jako obrońca tytułu. Na jej szczycie znajdował się ówczesny mistrz świata i numer jeden rankingu Mark Williams, a na samym dole wicelider rankingu Stephen Hendry. Obaj jednak odpadli na etapie ćwierćfinałów.

 

Co ciekawe, w fazie głównej aż trzech zawodników – Stuart Bingham, Paul Hunter i Peter Ebdon – wbiło brejk w wysokości 144 punktów (a gdybyśmy doliczyli eliminacje, to byłby jeszcze czwarty – Gary Hardiman). Nie musieli się jednak dzielić nagrodą za najwyższe podejście turnieju, bo zgarnął ją Ken Doherty, budując brejk o jedno oczko wyższy w meczu najlepszej szesnastki przeciwko Allisterowi Carterowi.

 

Do finału rozegranego 11 kwietnia dotarli Paul Hunter oraz Jimmy White i to temu spotkaniu poświęcę dzisiejszy artykuł. Bynajmniej nie dlatego, że był to mecz stojący na bardzo wysokim poziomie (dość powiedzieć, że w osiemnastu rozegranych frejmach wbito zaledwie cztery brejki powyżej pięćdziesięciu punktów!), ale ze względu na jego symbolikę. Był to ostatni rankingowy finał dla obu zawodników oraz jeden z ostatnich dla sędziego, Colina Brindeda. Tylko White ma jeszcze choćby iluzoryczną szansę, aby znowu się w nim znaleźć. Paul i Colin przegrali walkę z nowotworami.

 

Chociaż w potyczce o tytuł w szkockich zawodach zmierzyło się dwóch Anglików, atmosfera na trybunach była gorąca. Dopingu kibiców nie można oczywiście porównać do tego, co działo się w nieistniejącej już hali Wembley Conference Centre podczas Mastersa, ale jednak Jimmy White był uwielbiany przez kibiców snookera w całej Wielkiej Brytanii. Nie bez znaczenia był też fakt, że „Trąba Powietrzna” walczył o swój pierwszy rankingowy tytuł od blisko dwunastu lat (poprzedni zdobył w październiku 1992, wygrywając Grand Prix). Ulubieniec tłumów był blisko długo oczekiwanego  triumfu już miesiąc wcześniej, kiedy to w European Open 2004 również doszedł do finału, jednak przegrał wówczas z mało wówczas znanym 23-latkiem, Stephenem Maguire’em. Sześciokrotny wicemistrz świata musiał być zatem jeszcze bardziej zmotywowany, aby z Glasgow wywieźć trofeum.

 

Zadanie wydawało się jednak bardzo trudne. To Paul Hunter był faworytem decydującego meczu. Znajdował się w tamtym sezonie w świetnej formie, czego dowodem było dojście do półfinału UK Championship oraz pamiętne zwycięstwo nad Ronniem O’Sullivanem w finałowym pojedynku Mastersa (notabene Paul wygrał z „Rakietą” także  w ćwierćfinale Players Championship, wbijając mu dwa brejki stupunktowe). Na korzyść „Beckhama Zielonego Stołu” przemawiał również jego występ w półfinale, w którym pokonał Kena Doherty’ego 6-2, a w przedostatniej partii zdobył 135 punktów w jednym podejściu. Z kolei White w meczu najlepszej czwórki znalazł się na krawędzi odpadnięcia z turnieju. Przegrywał już 3-5 z Peterem Ebdonem, ale zdołał zapisać na swoim koncie trzy ostatnie frejmy i awansować do dwudziestego czwartego finału turnieju rankingowego w swojej karierze.

 

Ostatni mecz rozpoczął się lepiej dla starszego z Anglików, który wyszedł na prowadzenie 2-0, a potem przez całą pierwszą sesję utrzymywał przewagę. Hunter znalazł się na przedzie tylko raz, po pierwszej partii sesji wieczornej (5-4). Chociaż trudno w to uwierzyć, do tamtego momentu snookerzyści nie wbili żadnego brejka powyżej pięćdziesięciu punktów. Jednak im bliżej było końca pojedynku, tym lepiej zaczął grać snookerowy weteran. White wygrał cztery partie z rzędu, odnotowując w nich 51, 56 i 76 punktów w pojedynczych podejściach. Prowadził 8-5 i już tylko jeden frejm dzielił go od sukcesu, na który czekał od kilkunastu lat.

 

Wtedy przypomniał o sobie Paul, który „przespał” większość wieczoru. Na 6-8 wbił wreszcie pierwszy brejk powyżej pięćdziesięciu oczek (67 punktów), a potem złapał kontakt z rywalem po wykradzeniu na czarnej bili partii szesnastej, w której miał 35 punktów straty przy zaledwie dwóch czerwonych na stole. Finał ponownie nabrał rumieńców, ale Jimmy nie zamierzał dopuścić do jeszcze większych emocji i rozstrzygnięcia w deciderze.

 

W następnym frejmie znów zaczął punktować i wydawało się, że pewnie zmierza po kryształowe trofeum. Jednak przy prowadzeniu 55-0 i 49 punktach w brejku sześciokrotny wicemistrz świata minimalnie przeciął czerwoną do prawej środkowej kieszeni. Fani Huntera mieli jeszcze przez kilka minut nadzieję na kolejne „wyrwanie” partii, ale podczas paru następnych wizyt przy stole snookerzysta z Leeds zdobył zaledwie osiem oczek. Wreszcie White wbił „długą” czerwoną do rogu, a po dołożeniu różowej miał już 58 przewagi przy 59 na stole. Nawet arbiter był niezwykle przejęty sytuacją i pomylił się w rachunkach, co na moment wytrąciło Jimmy’ego z rytmu. Zawodnik złożył się jednak do zagrania po raz drugi i umieścił kluczową czerwoną w kieszeni. Gdy po niej wpadła także czarna, stało się jasne, że nikt już White’owi wygranej nie odbierze. Paul serdecznie pogratulował swojemu idolowi z dzieciństwa i przez całą ceremonię pozostał uśmiechnięty. Takiego go pamiętamy.

 

„Trąba Powietrzna” w tempie godnym swojego przydomku wybiegł z areny tuż po uściśnięciu dłoni przeciwnika, a kiedy już załatwił sprawę niecierpiącą zwłoki (do czego sam się przyznał w późniejszych wypowiedziach), powrócił, aby celebrować moment, na który czekał od prawie dwunastu lat. Gdy odebrał już efektowny puchar i udzielał wywiadu dziennikarzowi Sky Sports, na arenie pojawił się jego ojciec, Tommy. Uściskał on serdecznie obu zawodników, a gdy syn nie chciał wypuścić swojej nagrody, senior zażartował, że stłucze trofeum. Z zamieszczonego poniżej materiału wideo warto obejrzeć przynajmniej te obrazki z ceremonii na zamknięcie turnieju. Jeżeli ktoś ma nieco więcej czasu polecam też ostatnich pięć frejmów, a jeśli znajdą się wśród czytelników osoby zakręcone na punkcie snookerowych archiwaliów tak jak ja, to oczywiście zachęcam do obejrzenia całego filmu.

 

 

Jeszcze w dniu zakończenia finału na stronie World Snooker ukazały się wypowiedzi obu uczestników, pochodzące najpewniej z konferencji prasowej. Zwycięzca turnieju przyznał, że w trudnych chwilach spotkania inspiracją dla niego był bokserski mistrz świata, Roberto Duran, który zawsze powtarzał „wciąż wyprowadzaj ciosy, po prostu wciąż wyprowadzaj ciosy”.

 

– Musiałem ciągle wierzyć z całego serca,  że mogę wygrać – powiedział White. – To było trudne, bo zwykłem przegrywać w finałach. W ciągu ostatnich dwunastu latach miałem wiele trudnych chwil. Pamiętam porażkę ze Stephenem Hendrym w decydującym frejmie w Crucible i przegraną z Peterem Ebdonem w finale British Open parę lat temu. Ale teraz wyrzucam to z „systemu”.

 

– Mój tata będzie zachwycony – kontynuował ulubieniec publiczności. – Będzie miał trofeum u siebie przez tydzień. Zawsze mi powtarza, abym nie przejmował się porażkami, ale za każdym razem mi go żal, gdy przegrywam. Nie mogę wyrazić słowami tego, co teraz czuję. Chcę po prostu zadzwonić do moich najbliższych i rozmawiać z nimi.

 

– Obaj zagraliśmy okropnie w pierwszej sesji – nie ukrywał White. – Powinienem prowadzić co najmniej 5-3, ale nie pokarałem Paula za jego błędy. Wczorajszy mecz z Ebdonem mnie wyczerpał, jednak w całym tygodniu nie spałem tak dobrze, jak ostatniej nocy, więc zmęczenie nie miało na mnie zbyt dużego wpływu. Byłem przygotowany na wynik 8-8, ale nie chciałem, żeby do niego doszło.

 

– Cieszę się szczęściem Jimmy’ego – oświadczył pokonany. – Poza snookerowym stołem jest dobrym przyjacielem i jeżeli z kimkolwiek mógłbym chcieć przegrać w finale, to właśnie z nim. Dobrze się też stało dla samej dyscypliny.

 

– Zacząłem grać w snookera z powodu Jimmy’ego i wzorowałem się na jego grze. Wciąż jest moim idolem. Chciałem go zaprosić na swój ślub, ale teraz wykreślę go z listy gości – zażartował Hunter, który kilka miesięcy później zawarł na Jamajce związek małżeński ze swoją ukochaną, Lindsey Fell.

 

– Za bardzo się starałem podczas pierwszej sesji i nie zagrałem dobrego snookera – dodał Paul. – Jimmy prowadził kij dużo lepiej ode mnie, końcowy wynik był sprawiedliwy. Wykradłem świetny frejm na 7-8 i powróciłem do gry, ale nie wykorzystałem szansy w następnej partii. Grałem jednak dobrze w całym turnieju. Inaczej nie znalazłbym się w finale. Będę miał sporo pewności siebie, jadąc do Sheffield.

 

Mistrzostwa Świata rozpoczęły się niecały tydzień później po zakończeniu Players Championship. Większość ekspertów była przekonana, że Hunter prędzej czy później zdobędzie najcenniejszy tytuł, a w tamtym roku był jednym z głównych faworytów. Los skojarzył go już w drugiej rundzie z przyjacielem, Matthew Stevensem i chociaż Anglik prowadził po dwóch sesjach 10-6, ostatecznie przegrał spotkanie 12-13. „Beckham Zielonego Stołu” wystąpił w Crucible jeszcze dwukrotnie, ale nigdy już nie wygrał w nim żadnego meczu.

 

Nadzieje na zobaczenie idola z najstarszym snookerowym pucharem odżyły także wśród kibiców Jimmy’ego White’a. Co prawda miał on na koncie sześć przegranych finałów w Sheffield, ale teraz, tuż przed rozpoczęciem czempionatu, wydawał się powracać do najlepszej dyspozycji. Marzenia zostały jednak brutalnie skonfrontowane z rzeczywistością. Zaledwie dziewięć dni po wielkim zwycięstwie w Players Championship „Trąba Powietrzna” przegrał w pierwszej rundzie MŚ z Barrym Pinchesem 8-10.

 

Jako ciekawostkę dodam na koniec, że opisywany przeze mnie finał Players Championship 2004 był głównym materiałem drugiego odcinka programu Eurosportu „Snooker Hall Of Frame”, który został wyemitowany kilka dni przed Bożym Narodzeniem w 2005 roku. W magazynie przez ponad trzy lata przypominane były m.in. interesujące finały i wysokie brejki. Moim zdaniem wisienkę na torcie stanowił odcinek z 23 grudnia 2007 roku, poświęcony sukcesom Steve’a Davisa. Był to chyba jedyny przypadek, gdy w programie pojawiły się materiały, pochodzące sprzed Mistrzostw Świata 2003, czyli turnieju, od którego Eurosport na dobre zaczął transmitować profesjonalne rozgrywki.

 

„Snooker Hall Of Frame” był jednym z bodźców, który rozbudził we mnie zainteresowanie historią tej dyscypliny i żałuję, że nie jest już emitowany. Cieszę się jednak, że obecnie w Internecie jest bardzo dużo meczów snookerowych z minionych dekad i mogę zobaczyć to, czego nie dane mi było obejrzeć na żywo. Na następną środę przygotuję artykuł poświęcony meczowi z końcówki lat osiemdziesiątych, ale więcej szczegółów na razie nie zdradzę.

 

Gorąco zapraszam na moją stronę na Facebooku „Snooker Heroes” oraz na powiązane z nią konto na Twitterze, gdzie codziennie zamieszczam wpisy poświęcone dawnym i obecnym mistrzom zielonego stołu.

 

Autor: Mikołaj Małecki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Champion of Champions – z czym to jeść?

Rozpoczął się turniej Champion of Champions – już nie taka nowinka w kalendarzu, bo do Coventry powraca po raz trzeci. Jest to następca popularnej serii Premier League, która w czwartkowe wieczory przyciągała na halę oraz przed telewizory spore grono fanów.

Jest to turniej inny niż wszystkie przede wszystkim ze względu na fakt, że transmituje go ITV4. Relacja zaklepana jest na „sztywno” w godzinach 12:45-17:15 i 18:45-23:15. W studiu komentować turniej będą po raz kolejny kraciasty Alan McManus oraz Neal Foulds. Zobaczymy tylko 3 sędziów: Meike Kesseler, Paula Colliera oraz Brendana Moore’a.

sedziowie

Sędziowie turnieju Champion of Champions 2015

Różnicę widać nawet gołym okiem – oświetlenie, ubiór zawodników (szczególnie nasze ulubione krawaty i czerwone maki na kamizelkach) oraz kolorystyka są wyjątkowe.
Czy lepsze czy gorsze pozostawiamy Wam do ocenienia, ale na pewno trzeba przyznać, że impreza jest pełna uroku. Inny jest też organizator- jest to impreza promowana przez Matchroom Sport Barry’ego Hearna, a nie przez World Snooker.

coventry

Pierwsze cztery dni turnieju Champion of Champions to rozgrywki grupowe. Faza grupowa składać się będzie z 3 meczów dziennie. Półfinały w grupie rozgrywane są w systemie BO7, finał BO11. Faza grupowa wyłoni 4 zawodników, którzy w sobotę rozegrają półfinały turnieju. W niedzielę, 15.11, pozostanie już tylko dwójka, która zagra mecz BO19 o tytuł najlepszego z najlepszych. Zwycięzca oprócz trofeum zabierze do domu £100.000, finalista £50.000.

Ronnie – Champion of Champions 2013

 

Ronnie - Champion of Champions 2014

Ronnie – Champion of Champions 2014

16 zawodników biorących udział w tym turnieju to zwycięzcy turniejów, które odbyły się od poprzedniej edycji CoC. Ze startu zrezygnował tryumfator z ubiegłego roku Ronnie O’Sullivan. Grupy oraz dni rozgrywek wyglądają następująco:

Grupa1

  • John Higgins (2015 Welsh Open, 2015 Australian Goldfields Open,  2015 International Championship)
  • Joe Perry (2015 Players Championship
  • Allister Carter (2015 Paul Hunter Classic)
  • Michael White (2015 Indian Open,

 

Grupa2

  • Mark Selby (2015 German Masters, 2015 China Open,
  • Barry Hawkins (2015 Riga Open)
  • Stephen Maguire (2014 Lisbon Open)
  • Mark Allen (2015 Bulgarian Open)

Grupa3

  • Stuart Bingham (2015 Championship League, 2015 World Championship,
  • Judd Trump (2015 World Grand Prix,
  • Zhou Yuelong (2015 World Cup)
  • Kyren Wilson (2015 Shanghai Masters)

Grupa4

  • Neil Robertson (2015 Gdynia Open)
  • Rory McLeod (2015 Ruhr Open)
  • Shaun Murphy (2015 Masters, 2014 Ruhr Open
  • Yan Bingtao ( 2015 World Cup)

 

Harmonogram fazy grupowej jest następujący:

Wtorek, 10.11.2015
14:00 Stuart Bingham  v Zhou Yuelong
15:00 Judd Trump  v Kyren Wilson

20:00 finał grupy 3

 

Środa, 11.11.2015
14:00 John Higgins  v Ali Carter
15:00 Joe Perry  v Michael White

20:00 finał grupy 1

 

Czwartek, 12.11.2015
14:00 Neil Robertson  v Rory McLeod
15:00 Shaun Murphy v Yan Bingtao

20:00 finał grupy 4

 

Piątek, 13.11.2015

14:00 Mark Selby v Stephen Maguire
15:00 Barry Hawkins  v Mark Allen

20:00 finał grupy 2

 

Kto może niech ogląda – na pewno nie będzie żałował. W końcu to turniej najlepszych ubiegłych 365 dni. Wyniki i komentarze będziemy wrzucać na profil facebookowy: www.facebook.com/snookerON

Przed nami snookerowy tydzień. Zobaczmy więc kto zdobędzie tytuł Champion of Champions 2015!

Sz(k)ot, Sz(k)ot, Sz(k)ot!

mcgill

Klątwa Crucible – Mark Selby 1:0. Klątwa ma wciąż 100% skuteczności na „świeżych” mistrzach świata. Żadnemu snookerzyście, który zwyciężył w Cru po raz pierwszy, nie udało się obronić tytułu. Mark Selby też nie obroni. Nie zagrał w drugiej rundzie źle, ale zderzył się ze ścianą. Sympatyczną, uśmiechniętą, rudą ścianą. Ściana nazywa się Anthony McGill i poświęciliśmy mu już tutaj co najmniej kilka zdań. Młody Szkot od początku meczu dobrze radził sobie z Jesterem, po czym odsunął go na odległość kilku frejmów i nie pozwolił mu na kolejny ze słynnych powrotów. McGill nie dał się przestraszyć, nie dał się zanudzić, nie wymiękał w grze taktycznej, a kiedy trzeba było wbijać, ręka mu nie drżała. A może i nawet drżała, w końcu Higginsowi też drży, ale Little McNugget i tak trafiał bile pod dużą presją. Niesamowity występ, tym bardziej, że przecież McGill to debiutant! Mark Selby podkreślił, że nie ma powodu, by Ants nie kontynuował swojego uśmiechniętego marszu aż do finału.
Przed Szkotem ćwierćfinałowy pojedynek z Shaunem Murphym lub Joe Perrym. Jeśli do 1/4 awansuje Murphy, jedno w tym spotkaniu będzie pewne – obaj zawodnicy zagrają z wypiekami na twarzy. W obu przypadkach my będziemy natomiast oglądać ten mecz z wypiekami na twarzy, a szczęśliwcy być może i z wypiekami na stole 😉
Wspomniałam o Higginsie, który rozegrał drugą sesję spotkania z Dingiem Junhuiem. Sprawa jest prosta, Higgins nie wyszedł do Iron Sky i przegrywa 7:9. Przegrywa także Dott z Binghamem i przegrywa Hawkins z Allenem.

Gdynia Open 2015 – gdy emocje już opadły

REFLEKSJA:

 

Gdynia Open 2015 - dzien I

Za nami turniej Gdynia Open 2015, który na pewno przejdzie do historii.
Dlaczego?
Padło wiele wysokich breaków, spotkania były niezwykle emocjonujące (zarówno te bardziej jednostronne, jak i te wyrównane), zawodnicy dobrze czuli się w Polsce, a kibice tłumnie przybywali na trybuny. Ale po kolei.

20 000 setka profesjonalnych rozgrywek autorstwa Neila Robertsona na stałe zapisała się w historii snookera. Sam zawodnik był tym nieco zaskoczony, ale też niezwykle dumny. My również czujemy dumę, iż miało to miejsce właśnie u nas. Australijczyk, który wygrał cały turniej, podczas swojej przemowy po meczu finałowym wspomniał, że dobrze czuł się w Polsce. Chętnie rozdawał też autografy i pozował do zdjęć z fanami. O doskonałej atmosferze w naszym kraju wspominało też wielu innych – Shaun Murphy, Mark Williams, Mark Selby. Ten ostatni, pomimo tego, że odpadł w piątek, został w Gdyni na kolejny dzień.
W sercach kibiców zostanie też na długo John Higgins. Mimo silnego przeziębienia, nie zrezygnował z udziału w turnieju. Wszystko to świadczy o tym, że Gdynia Open jest eventem lubianym przez zawodników, a to cieszy najbardziej.

Turniej Gdynia Open to także okazja dla naszych rodzimych zawodników, by spróbować swoich sił w potyczce z zawodowcami. Kacper Filipiak, Mateusz Baranowski, Adam Stefanów, Antoś Kowalski to tylko niektóre nazwiska, które warto zapamiętać. Nasi młodzi snookerzyści pokazali się na turnieju od najlepszej strony. Cenne doświadczenia na pewno pomogą im szlifować talent. Rady i wsparcie zawodowych graczy również mają dla nich wielkie znaczenie.

Niedziela – ostatni dzień zawodów – pełen był emocjonujących spotkań, które oglądały pełne trybuny. Podobnie było przez cały weekend – to dobra wiadomość. Coraz więcej z nas wie, na czym polega ten sport, potrafi docenić świetne zagrania i przede wszystkim dobrze się przy tym bawić. To dobra wróżba na przyszłość.

Co dalej? Przed zawodnikami treningi, kolejne turnieje i spotkania. My z niecierpliwością czekamy na kolejną odsłonę polskiego ET.
Dziękujemy i do zobaczenia!