Archiwa kategorii: Crucible 2015

Throwback Monday, czyli równo tydzień temu…

…Stuart Bingham został snookerowym mistrzem świata. Moment radosny, a jakże, ale również nieco przygnębiający, bo przecież oznaczający koniec turnieju, którym żyliśmy przez ponad dwa tygodnie.

Tydzień minął, emocje nieco opadły, odespaliśmy nieprzespane noce i odpracowaliśmy to, co zawaliliśmy z powodu oglądania wielogodzinnych transmisji.

Czas na spokojny przegląd tego, co działo się w tym roku w Crucible Theater w Sheffield.

Niespodzianka roku to bez wątpienia Stuart Bingham i zdobycie przez niego mistrzostwa. Kariera Binghama trwa od ponad dwudziestu lat i w tym czasie nigdy nie dostał się nawet do półfinału MŚ, a tylko raz był w ćwierćfinale – dwa lata temu. Dla wielu szokiem było już to, że tym razem w ćwierćfinale pokonał Ronnie’ego O’Sullivana. Szczęki opadały nam coraz niżej, kiedy po deciderze w półfinale wygrał z faworytem niemal wszystkich, Juddem Trumpem. Chodziliśmy i mówiliśmy „No ale z Murphym to już nie ma szans”. Miał. I je wykorzystał, z bezlitosną skutecznością budując wygrywające brejki, kiedy tylko nadarzała się okazja. Sam powiedział, że uwierzył w to, że może zdobyć mistrzostwo, kiedy wbijał decydujące bile w ostatnim frejmie pojedynku z Murphym, ale że myśl o zwycięstwie pojawiła się właśnie po pokonaniu Ronnie’ego: Kiedy wygrałem z Ronniem obudziłem się następnego dnia o 6 rano i w głowie zacząłem układać sobie przemówienie zwycięzcy. Potem jednak sam sprowadziłem się na ziemię. Judd i Shaun to zawodnicy, którzy dorastali na moich oczach, nie boję się ich. Ale to ja dorastałem, kiedy Ronnie wygrywał mistrzostwo za mistrzostwem, jest świetnym zawodnikiem, dla mnie najlepszym na świecie.
I choć na porządku dziennym w Crucible były żarciki, że być może Bingham powinien zacząć reklamować chusteczki Kleenexu, bo od ćwierćfinałów płakał po każdym wygranym meczu, to kiedy wzniósł nad głowę trofeum w towarzystwie swojej rodziny, z synkiem Shae i żoną Michelle na czele, nie było chyba w Crucible osoby, której nie zakręciła się łezka w oku.

stuart z rodziną

Najbardziej zabawne i zapadające w pamięć momenty mistrzostw? Do tych drugich z pewnością należy frejm rozegrany przez Ronnie’ego O’Sullivana w skarpetkach i kolejne w butach dyrektora turnieju. Także słynna „chalkgate”, czyli sytuacja w której Ronnie za pomocą kredy sprawdził sobie, jak wracająca różowa zblokuje mu czerwone. Huczało przez kilka dni, tym bardziej, że sędzia nie podyktował za to faulu. Wyczyny O’Sullivana są jednak jak zwykle na granicy i wyznam, że średnio mnie już bawią, choć nie da się o nich nie mówić. Były jednak znacznie zabawniejsze momenty. Moim ulubionym jest Jan Verhaas uczynnie pomagający Barry’emu Hawkinsowi z niesforną muszką oraz ten sam Jan Verhaas stojący grzecznie z przeszkadzającym zawodnikowi w uderzeniu wiaderkiem z lodem.

muszka

Hitem był maks Dinga Junhuia, którego nie było, bo Chińczyk po 12 czerwonych i 12 czarnych nadal nie zorientował się, że jest w ataku na 147 i zagrał do niebieskiej. Było też sporo mikrosytuacji, które przypominają się po dłuższym namyśle, ale wywołują na twarzy uśmiech – dwa zawały Binghama, jeden, kiedy tuż przed rozbiciem nastąpiło sprzężenie w sprzęcie telewizyjnym i Crucible wypełnił nieznośny pisk, i drugi, kiedy w finale pomiędzy uderzeniami z hukiem upadł ciężki statyw od kamery, który niefortunnie przewrócił jeden z operatorów. Paul Collier i latająca czarna. Oliver Marteel i klątwa różowej, którą co chwilę musiał wkładać w pakę czerwonych, bo punkt był zajęty. I wreszcie finałowy hit w 31. partii, kiedy Stuart Bingham po ponadgodzinnej batalii taktycznej oznajmił Shaunowi Murphy’emu, że już nie wytrzyma i musi iść do toalety. Muszę dodać, że z tej okazji skorzystało również całkiem sporo widzów 😉
Bohaterowie mistrzostw? Oczywiście, zawodnicy, także sędziowie… Ale bohaterów było więcej. Zakulisową gwiazdą i czołowym celebrytą w Crucible był Nico McBrain, perkusista Iron Maiden. Nie tylko dlatego, że jest oczywiście tytanem rocka, ani nie dlatego, że naprawdę łatwo wypatrzeć go w tłumie, ze względu na długie blond pióra, twarz zakapiora oraz rockandrollowy ubiór. Przede wszystkim dlatego, że Nico podbija serca w sekundę – jest przemiłym, serdecznym, wiecznie uśmiechniętym facetem, który nie jest znudzony ani oburzony nawet po setnym zdjęciu zrobionym sobie z kolejnym natrętnym fanem. I nie jest „januszem”, niedzielnym kibicem snookera, nie przyjeżdża do Crucible po to, żeby się polansować ze swoim przyjacielem, Kenem Dohertym, ale po to, żeby z wielką uwagą i pasją śledzić pojedynki. Nie odpuszcza prawie żadnego frejma, ląduje na posterunku na początku porannej sesji i wychodzi po zakończeniu wieczornej. Niedługo trudno będzie sobie wyobrazić mistrzostwa świata bez jego obecności.

agi z nico

I wreszcie cisi bohaterowie tych mistrzostw. Ludzie, których nie widać, ale dzięki nim my mamy co oglądać i oglądamy to w najlepszej możliwej jakości. Mam na myśli ekipę World Snookera, mam na myśli ekipę techników i fitterów oraz ekipę operatorską i telewizyjną. Pracują za czterech, pracują, kiedy my jeszcze lub już śpimy, robią to sprawnie i profesjonalnie. Dlatego też stół i całe osprzętowanie wokół zniknęły już w kilka godzin po zakończeniu finału… I nie oszczędzimy czytającym tego przygnębiającego widoku!

sad stółsad i po stole
Ale na pociechę – widzimy się za rok w Crucible 🙂

cru selfie

ms

Za kulisami Crucible

cru

Crucible Theatre, nazywany świątynią snookera i domem snookera. Teatr, który jest areną zmagań w snookerowych Mistrzostwach Świata i pozostanie nią tak długo, jak się da – przynajmniej tak wynika z wczorajszych zapewnień szefa World Snookera, Barry’ego Hearna. Wszyscy widzimy, co dzieje się na scenie tego teatru. Ale ile ciekawych rzeczy dzieje się za kulisami! Czas zatem na małą wycieczkę za kulisy.
Zakulisową gwiazdą numer jeden jest mistrz ceremonii, Rob Walker. Charakterystyczna patykowata sylwetka i ADHD. To właśnie on zapowiada zawodników wchodzących na arenę, to on rozgrzewa publiczność przed meczami i przepytuje snookerzystów po meczach. Walker dla snookera jest tym, kim Michael Buffer dla boksu – trudno wyobrazić sobie mistrzostwa świata bez jego obecności. Warto dodać, że Roba znacznie wcześniej słychać na korytarzach Crucible, niż widać.

Na tych samych korytarzach spotkać można Agatę Czerwińską, czyli mózg strony, na której się znajdujemy. Agata jest organizatorką jedynego w naszym kraju rankingowego turnieju snookera Gdynia Open i jedyną Polką pracującą dla World Snookera. Agata w Cru także zajmuje się organizacją zawodów.

agi

Atmosferę mistrzostw w dużej mierze tworzą kibice, a ci przybyli tu z różnych zakątków świata. Najwierniejszym jest bez wątpienia David Jackson z Australii, którego łatwo zauważyć w telewizyjnych transmisjach, bo zawsze siedzi w pierwszym rzędzie, prezentując niekonwencjonalne krawaty i często ucina sobie drzemkę. W tym roku mieliśmy także okazję usłyszeć po raz pierwszy w Crucible pokaz jodłowania, ponieważ wśród kibiców znalazł się norweski mistrz tej odmiany śpiewu, Bjoern.

http://www.bbc.co.uk/sport/0/snooker/32503002
Nie wiemy kto zagra w finale turnieju, ale na pewno wiemy już, kto będzie ten finał sędziował. Tego zaszczytu w tym roku po raz pierwszy w karierze dostąpi Oliver Marteel, belgijski arbiter, który na co dzień pracuje jako pielęgniarz w szpitalu. To dopiero drugi sędzia z Europy kontynentalnej, który będzie zarządzał najważniejszym meczem snookera w sezonie. Koledzy – Jan Verhaas, Brendan Moore i Paul Collier – żartobliwie nazywają go „Belgian Truffle”, ale Oliver nie przepada za tym pseudonimem. Dla Marteela finał MŚ jest spełnieniem marzeń:
To jak wejście na Mount Everest, jest to coś, co każdy sędzia chce kiedyś osiągnąć. Presja jest ogromna, bo masz świadomość, że ogląda cię nie tylko ten tysiąc kibiców w Crucible, ale miliony widzów na całym świecie. Ale zawsze powtarzam, że przecież to wciąż ten sam stół, te same bile, dwóch zawodników i te same zasady, więc choć oczywiście to wyjątkowy mecz, wszystko inne powinno być jak w każdym spotkaniu i to trzeba wbić sobie do głowy.
Marteel zaznacza jednak, że ma kolejne cele, choć już wspiął się na szczyt. Jego kolejnym marzeniem jest sędziowska „potrójna korona”, czyli sędziowanie finałów MŚ, UK Championship i The Masters. W gronie sędziów w tym roku nie ma żadnej kobiety. Tradycyjnie wśród grających nie ma żadnej kobiety, bo do tej pory nie znalazła się snookerzystka, która byłaby w stanie rywalizować na tym poziomie. Ale nie oznacza to, że podczas meczów na arenie nie ma żadnej kobiety – po raz pierwszy zdarzyło się, żeby mistrzostwa świata obsługiwała pani operator. Ma na imię Mari, jest Walijką i od wielu lat zajmuje się pracą przy kamerach podczas wydarzeń sportowych. Jest fanką snookera i jej wielkim marzeniem było przyjechać do Crucible. To marzenie w tym roku się spełnia, a proszę mi wierzyć, że operatorzy kamer podczas mistrzostw wykonują prawdopodobnie najtrudniejszą i najbardziej wymagającą fizycznie pracę. Przy tym trudno wskazać podczas mistrzostw świata bardziej serdeczną i sympatyczną grupę. Chociaż ekipy nie widać, gdyby nie Mari, Geoff, Damien, Laurence, Duncan, Jim i inni – nie oglądalibyśmy mistrzostw.

mari

Wielka impreza wiąże się oczywiście z wielkimi pieniędzmi. Od wielu lat mistrzostwa świata sponsorują firmy bukmacherskie. W tym roku pula nagród w mistrzostwach świata jest rekordowa i wynosi ponad milion funtów. Zwycięzca otrzyma 300 tysięcy funtów. Barry Hearn zapowiedział, że w ciągu dwóch lat ta pula wzrośnie do dwóch milionów, a zwycięzca dostanie pół miliona.

ms

Delilah, Kanye i Paolo Nutini, czyli snookerowa playlista

higgins

My, my, my oraz why, why, why – jakże adekwatne słowa do aktualnego statusu Marka Williamsa w Crucible Theatre… „Borsuk” został zmieciony w pierwszej rundzie w derbach Walii 2 do 10 przez Matthew Stevensa. Pozostało zatem powiedzieć papa i zadać sobie pytanie dlaczego… ale równie dobrze można to zaśpiewać! A tak się składa, że biesiadne wykonanie frazy  „why, why, why” znajduje się w piosence, którą Mark Williams wybrał jako „walk on music” – nieśmiertelnej „Delilah” Toma Jonesa. Przypadek? Oczywiście, ale moją dźwiękową duszę skłania to do przyjrzenia się muzyce, którą finaliści MŚ postanowili uczynić swoim towarzyszem przy wchodzeniu na arenę w Crucible.
Mark Selby po raz kolejny wybrał piosenkę zespołu Kasabian – tym razem jest to „eez-eh”. Wybór aktualnego mistrza świata nie był trudny do przewidzenia, wszakże od lat wiadomo, że zna się i lubi z muzykami tego zespołu. A w „eez-eh” zwraca uwagę fraza „I got the feeling that I’m gonna keep you up all night”. Ekhm. Znając Selby’ego – rzeczywiście, wielce prawdopodobne 😉

Aż podskoczyłam na widok dwóch utworów, które znalazły się na tegorocznej liście. Kiedy wielokrotnie zastanawiałam się, jaka piosenka dobrze brzmiałaby na wejście, zawsze do głowy przychodzi mi Kanye West z Rihanną i „All of the lights”. Pozycja być może z gatunku mało ambitnych, ale rrrany, jak ten dęty początek idealnie majestatycznie brzmi, żeby właśnie przy jego akompaniamencie gdzieś wejść…

I właśnie ten utwór pojawił się na liście obok nazwiska Judda Trumpa. Zdążyłam się zatem podekscytować, a tymczasem jakież było moje zdumienie i jakiż wielki był zawód, kiedy Judd wkroczył na arenę przy dźwiękach czegoś równie mało ambitnego, za to pozbawionego walorów dętych. Cóż. Pasowało do naszywki Burger Kinga.

Zawodnikiem, którego wybór muzyki absolutnie mnie zachwycił, jest w tym roku John Higgins. Szkot postawił na szkocką młodą gwiazdę i wybrał utwór „Iron Sky” Paolo Nutiniego. Tak, nie pomyliłam się – Paolo Nutini, choć nazwisko nie brzmi, jest ze Szkocji. Szkotką jest jego matka, ojciec natomiast jest Włochem, stąd egzotyczne brzmienie. W Polsce Nutini na szersze wody wypłynął jakoś rok temu z singlem „Scream (Funk My Life Up)” i co mogę powiedzieć… niech żegluje, bo jest świetny. Brawo, brawo John Higgins. Dla mnie muzycznie wygrał mistrzostwa.

Dwaj zawodnicy do sprawy muzycznej podeszli iście boksersko, i to boksersko w wydaniu najlepszym, bo braci Kliczków. Nie, Ukraińcy nie zaczęli śpiewać, ale Robin Hull wybrał „Hells Bells” AC /piorun/ DC, towarzyszące zwykle na wejście Witalijowi, Stuart Bingham zaś „Can’t stop” Red Hotów, do którego na ring wkraczał Władimir.

Nie trzeba słuchać niektórych utworów, żeby się uśmiechnąć na myśl o tym, kto do nich wkracza. Wystarczy spojrzeć na tytuły. Anthony McGill – „This Charming Man” by The Smiths. No nie da się ukryć 🙂 Ronnie O’Sullivan – „The Changing Man” by Paul Weller. Wystarczy przeczytać „Running”, żeby zrozumieć. Jamie Jones – „Sexy and I Know It” by LMFAO. Można polemizować, ale nie można odmówić poczucia humoru. Podobnie jak Robertowi Milkinsowi z jego „I’m a Cider Drinker” by The Wurzels. Na żart nie zdecydował się Robbie Williams i nie wyszedł do żadnego utworu Robbie’ego Williamsa. Szkoda.

Ali Carter wychodzi do „Spectrum” Florence and the Machine. „We are shining,
and we’ll never be afraid again”. Nie wymaga komentarza.

Przez lata zawodnicy wybierają piosenki, które akompaniują im, kiedy zbiegają po czerwonych schodkach. Tylko niektóre połączenia osobowo-muzyczne zapadają w pamięć, ale mnie szczególnie tkwią w niej dwa. Dominic Dale wychodzący do „La donna è mobile” Verdiego, Dale znany z talentu do operowego śpiewu i do tego Dale, którego dopiero co porzuciła jego donna.
I przede wszystkim Ronnie O’Sullivan, któremu przez jedne ze zwycięskich mistrzostw towarzyszyło „Let me entertain you” wspomnianego już Robbie’ego Williamsa. To grało. I on grał wtedy jak z nut.

A, i od razu mówię, że snookerzysta też „è mobile”, zatem nie ręczę za to, że ktoś niczym Judd nie zmienił w ostatniej chwili swoich preferencji 😉
ms

Careless & Shoeless

Ding Junhui i Ronnie O’Sullivan byli gwiazdami wtorku w Crucible Theatre.
Ten pierwszy po fatalnym początku spotkania z Markiem Davisem odrodził się i awansował do drugiej rundy. Ale to nie jego awans przejdzie do historii snookera, ale brejk maksymalny, którego Ding przegapił.
Chińczyk ze skupieniem i precyzją wbijał na przemian czerwone i czarne. Kibice zaczęli zaciskać kciuki, pot wstąpił na czoło sędziego, grę zastopowali niemal zawodnicy na sąsiednim stole, rozgrzewkę na stole treningowym przerwał Marco Fu, a Dark Mavis zasępiony czekał na wielki wyczyn rywala. A tymczasem ku bezbrzeżnemu zdumieniu wszystkich, mając na koncie 12 czerwonych i 12 czarnych, Ding złożył się do uderzenia, trafił… i poprowadził białą bilę na pozycję do NIEBIESKIEJ. Crucible oniemiało, a Chińczyk dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Brzmi nieprawdopodobnie, ale Ding tak skupił się na wbiciach i budowaniu brejka, że nie zauważył, że zbudował nie tylko fundamenty, ale już co najmniej ściany nośne maksa. Kiedy dotarło do niego jak wielki błąd popełnił, a sala gruchnęła wraz z nim pełnym niedowierzania śmiechem, Ding próbował ratować niedoszłe 147 cięciem czarnej, ale ta nie wpadła i ostatecznie Chińczyk nie dobił nawet do setki. Twitterowe towarzystwo snookerowe, które uwielbia słowo „careless”, oszalało – dziś można było go używać do woli.

Następnie z niecierpliwością oczekiwaliśmy sesji popołudniowej, bo w niej pojedynek z debiutantem, Craigiem Steadmanem, zaczynał Ronnie O’Sullivan. Chciałoby się powiedzieć 3, 2, 1… ignition! Rakieta odpalił i już w pierwszej partii zaatakował maksa (i co ważne – wiedział, że go atakuje 😉 ). Skończyło się na 104 punktach. Prawdziwym bohaterem tej pierwszej sesji było jednak obuwie O’Sullivana. W pewnym momencie Ronnie zaczął się krzywić, rozsupłał sznurowadła jednego z butów, bo czym zdjął go zupełnie. Do następnego frejma podszedł w samych skarpetkach i w nich też budował brejka. Zawrzało. Na sali panowały głównie śmichy-chichy, ale za kulisami nie było do końca wesoło – w końcu gra w skarpetkach, nawet eleganckich, nijak ma się do regulaminowego stroju na MŚ. Ronnie rozpytywał nawet wśród kibiców, czy ktoś nie nosi „ósemki” jak on i ostatecznie na kolejną partię wrócił w butach. Znacznie mniej błyszczących niż te, w których rozpoczął pojedynek. Jak się okazało, ten sam rozmiar co O’Sa nosi Mike Ganley – dyrektor turnieju. To właśnie w jego butach O’Sullivan wyszedł na prowadzenie 7:2 ze Steadmanem.

Cóż, od jakiegoś czasu Crucible nie byłoby sobą, gdyby choć raz w trakcie turnieju wszystko nie kręciłoby się wokół czyichś butów.

Rudy bohater i powrót Kapitana

AliPo trzech dniach spędzonych na bacznym śledzeniu wydarzeń w Crucible jesteśmy spokojni o emocje w tegorocznych MŚ (no dobra, i tak byliśmy, ale zawsze miło się przekonać naocznie). Na bohatera pierwszego dnia wyrósł Kurt Maflin, o którym szerzej w poprzednim wpisie, ale jednakże był to bohater przegrany. Wygranym bohaterem został natomiast wiecznie uśmiechnięty, młody, rudy Szkot – Anthony McGill. W nieprawdopodobym spotkaniu pokonał innego Szkota – Stephena Maguire’a, który tym samym podtrzymał swoją przygnębiającą tradycję odpadania z rozgrywek w Crucible w pierwszej rundzie (to trzeci raz z rzędu!). McGill zaczął spotkanie od prowadzenia, ale dał się dogonić starszemu koledze. W deciderze natomiast z promiennym uśmiechem zapakował 122-punktowego brejka i awansował do drugiej rundy. Trwa poszukiwanie przydomka dla rudzielca, na razie niektórzy nieśmiało nazywają go „Little McNugget”, zauważając bardzo duże podobieństwo McGilla do Steve’a Davisa, zwłaszcza w sposobie bycia i poruszania się wokół stołu. No i w powszechnym budzeniu sympatii.

Najbardziej jednostronnym do tej pory pojedynkiem było spotkanie Neila Robertsona z Jamiem Jonesem – Australijczyk, zapewne ku uciesze wiernego kibica z Antypodów, który w tym roku znów siedzi w pierwszym rzędzie, oddał rywalowi zaledwie dwa frejmy. Na drugim biegunie szybkości byli zdecydowanie Mark Davis i Ding Junhui. Zagrali jedną sesję, ale nie udało im się zmieścić w niej dziewięciu partii. Dark Mavis wyszedł na prowadzenie 4:0, ale po minisesyjnej przerwie Ding nadgonił i przewaga Anglika to już tylko jeden frejm, 4:3. Będą musieli przyspieszyć.

Wydawało się także, że nigdy nie skończy się spotkanie Stuarta Binghama z Robbiem Williamsem, ale ostatecznie ten pierwszy z pomocą tego drugiego zameldował się w II rundzie.

Stracha Barry’emu Hawkinsowi napędził Matthew Selt, ale skończyło się na szalonej pogoni do decidera, w którym rozstawiony zawodnik jednak zdołał wyeliminować kwalifikanta.

Bardzo cieszy dobry powrót Alego Cartera. Kapitan, który w najlepszej szesnastce znalazł się, bo World Snooker zamroził jego ranking ze względu na kolejną batalię z nowotworem, pokazał, że nie tylko pokonał złośliwą chorobę, ale że jest w formie na pokonywanie rywali. W pierwszej rundzie gra z Alanem McManusem, którego strój pozwala przypuszczać, że jeśli za rok znów znajdzie się w Mistrzostwach Świata, w kratkę będą także jego buty, muszka i koszula. Carter prowadzi 6:3 i choć wbił w tej sesji brejka stupunktowego to na szczególną uwagę zasługuje sześćdziesiątka z partii nr 9, którą Anglik zbudował z niewiarygodnie trudnego układu.

Czekamy, aż do walki wkroczą Judd Trump i Ronnie O’Sullivan. Powinno być jeszcze ciekawiej.