Snooker Heroes: Uśmiech mimo przegranej

Uśmiech mimo przegranej

 

W tym tygodniu w Manchesterze odbywa się finałowy turniej serii European Tour, występujący od zeszłego sezonu jako Players Championship. Jednak zawody pod taką nazwą odbyły się już w 2004 roku i nie miały z Europą kontynentalną nic wspólnego.  Zapraszam do przeczytania pierwszej części cotygodniowego cyklu, w którym będę przypominał interesujące wydarzenia z historii snookera.

 

Przed dwunastoma laty turniej Players Championship zastąpił w kalendarzu profesjonalnych rozgrywek zawody Scottish Open. I chociaż kraj, w którym rozgrywano turniej pozostał ten sam (lokalizację przeniesiono jedynie z Edynburgu do Glasgow), a za produkcję obrazu telewizyjnego nadal odpowiadała stacja Sky Sports, zawodów Players Championship – wbrew temu, co sugeruje brytyjska Wikipedia – nie należy traktować jako kontynuacji Scottish Open. Chociażby z tej przyczyny, że David Gray, który w 2003 roku triumfował na szkockiej ziemi, dwanaście miesięcy później nie był rozstawiony w drabince jako obrońca tytułu. Na jej szczycie znajdował się ówczesny mistrz świata i numer jeden rankingu Mark Williams, a na samym dole wicelider rankingu Stephen Hendry. Obaj jednak odpadli na etapie ćwierćfinałów.

 

Co ciekawe, w fazie głównej aż trzech zawodników – Stuart Bingham, Paul Hunter i Peter Ebdon – wbiło brejk w wysokości 144 punktów (a gdybyśmy doliczyli eliminacje, to byłby jeszcze czwarty – Gary Hardiman). Nie musieli się jednak dzielić nagrodą za najwyższe podejście turnieju, bo zgarnął ją Ken Doherty, budując brejk o jedno oczko wyższy w meczu najlepszej szesnastki przeciwko Allisterowi Carterowi.

 

Do finału rozegranego 11 kwietnia dotarli Paul Hunter oraz Jimmy White i to temu spotkaniu poświęcę dzisiejszy artykuł. Bynajmniej nie dlatego, że był to mecz stojący na bardzo wysokim poziomie (dość powiedzieć, że w osiemnastu rozegranych frejmach wbito zaledwie cztery brejki powyżej pięćdziesięciu punktów!), ale ze względu na jego symbolikę. Był to ostatni rankingowy finał dla obu zawodników oraz jeden z ostatnich dla sędziego, Colina Brindeda. Tylko White ma jeszcze choćby iluzoryczną szansę, aby znowu się w nim znaleźć. Paul i Colin przegrali walkę z nowotworami.

 

Chociaż w potyczce o tytuł w szkockich zawodach zmierzyło się dwóch Anglików, atmosfera na trybunach była gorąca. Dopingu kibiców nie można oczywiście porównać do tego, co działo się w nieistniejącej już hali Wembley Conference Centre podczas Mastersa, ale jednak Jimmy White był uwielbiany przez kibiców snookera w całej Wielkiej Brytanii. Nie bez znaczenia był też fakt, że „Trąba Powietrzna” walczył o swój pierwszy rankingowy tytuł od blisko dwunastu lat (poprzedni zdobył w październiku 1992, wygrywając Grand Prix). Ulubieniec tłumów był blisko długo oczekiwanego  triumfu już miesiąc wcześniej, kiedy to w European Open 2004 również doszedł do finału, jednak przegrał wówczas z mało wówczas znanym 23-latkiem, Stephenem Maguire’em. Sześciokrotny wicemistrz świata musiał być zatem jeszcze bardziej zmotywowany, aby z Glasgow wywieźć trofeum.

 

Zadanie wydawało się jednak bardzo trudne. To Paul Hunter był faworytem decydującego meczu. Znajdował się w tamtym sezonie w świetnej formie, czego dowodem było dojście do półfinału UK Championship oraz pamiętne zwycięstwo nad Ronniem O’Sullivanem w finałowym pojedynku Mastersa (notabene Paul wygrał z „Rakietą” także  w ćwierćfinale Players Championship, wbijając mu dwa brejki stupunktowe). Na korzyść „Beckhama Zielonego Stołu” przemawiał również jego występ w półfinale, w którym pokonał Kena Doherty’ego 6-2, a w przedostatniej partii zdobył 135 punktów w jednym podejściu. Z kolei White w meczu najlepszej czwórki znalazł się na krawędzi odpadnięcia z turnieju. Przegrywał już 3-5 z Peterem Ebdonem, ale zdołał zapisać na swoim koncie trzy ostatnie frejmy i awansować do dwudziestego czwartego finału turnieju rankingowego w swojej karierze.

 

Ostatni mecz rozpoczął się lepiej dla starszego z Anglików, który wyszedł na prowadzenie 2-0, a potem przez całą pierwszą sesję utrzymywał przewagę. Hunter znalazł się na przedzie tylko raz, po pierwszej partii sesji wieczornej (5-4). Chociaż trudno w to uwierzyć, do tamtego momentu snookerzyści nie wbili żadnego brejka powyżej pięćdziesięciu punktów. Jednak im bliżej było końca pojedynku, tym lepiej zaczął grać snookerowy weteran. White wygrał cztery partie z rzędu, odnotowując w nich 51, 56 i 76 punktów w pojedynczych podejściach. Prowadził 8-5 i już tylko jeden frejm dzielił go od sukcesu, na który czekał od kilkunastu lat.

 

Wtedy przypomniał o sobie Paul, który „przespał” większość wieczoru. Na 6-8 wbił wreszcie pierwszy brejk powyżej pięćdziesięciu oczek (67 punktów), a potem złapał kontakt z rywalem po wykradzeniu na czarnej bili partii szesnastej, w której miał 35 punktów straty przy zaledwie dwóch czerwonych na stole. Finał ponownie nabrał rumieńców, ale Jimmy nie zamierzał dopuścić do jeszcze większych emocji i rozstrzygnięcia w deciderze.

 

W następnym frejmie znów zaczął punktować i wydawało się, że pewnie zmierza po kryształowe trofeum. Jednak przy prowadzeniu 55-0 i 49 punktach w brejku sześciokrotny wicemistrz świata minimalnie przeciął czerwoną do prawej środkowej kieszeni. Fani Huntera mieli jeszcze przez kilka minut nadzieję na kolejne „wyrwanie” partii, ale podczas paru następnych wizyt przy stole snookerzysta z Leeds zdobył zaledwie osiem oczek. Wreszcie White wbił „długą” czerwoną do rogu, a po dołożeniu różowej miał już 58 przewagi przy 59 na stole. Nawet arbiter był niezwykle przejęty sytuacją i pomylił się w rachunkach, co na moment wytrąciło Jimmy’ego z rytmu. Zawodnik złożył się jednak do zagrania po raz drugi i umieścił kluczową czerwoną w kieszeni. Gdy po niej wpadła także czarna, stało się jasne, że nikt już White’owi wygranej nie odbierze. Paul serdecznie pogratulował swojemu idolowi z dzieciństwa i przez całą ceremonię pozostał uśmiechnięty. Takiego go pamiętamy.

 

„Trąba Powietrzna” w tempie godnym swojego przydomku wybiegł z areny tuż po uściśnięciu dłoni przeciwnika, a kiedy już załatwił sprawę niecierpiącą zwłoki (do czego sam się przyznał w późniejszych wypowiedziach), powrócił, aby celebrować moment, na który czekał od prawie dwunastu lat. Gdy odebrał już efektowny puchar i udzielał wywiadu dziennikarzowi Sky Sports, na arenie pojawił się jego ojciec, Tommy. Uściskał on serdecznie obu zawodników, a gdy syn nie chciał wypuścić swojej nagrody, senior zażartował, że stłucze trofeum. Z zamieszczonego poniżej materiału wideo warto obejrzeć przynajmniej te obrazki z ceremonii na zamknięcie turnieju. Jeżeli ktoś ma nieco więcej czasu polecam też ostatnich pięć frejmów, a jeśli znajdą się wśród czytelników osoby zakręcone na punkcie snookerowych archiwaliów tak jak ja, to oczywiście zachęcam do obejrzenia całego filmu.

 

 

Jeszcze w dniu zakończenia finału na stronie World Snooker ukazały się wypowiedzi obu uczestników, pochodzące najpewniej z konferencji prasowej. Zwycięzca turnieju przyznał, że w trudnych chwilach spotkania inspiracją dla niego był bokserski mistrz świata, Roberto Duran, który zawsze powtarzał „wciąż wyprowadzaj ciosy, po prostu wciąż wyprowadzaj ciosy”.

 

– Musiałem ciągle wierzyć z całego serca,  że mogę wygrać – powiedział White. – To było trudne, bo zwykłem przegrywać w finałach. W ciągu ostatnich dwunastu latach miałem wiele trudnych chwil. Pamiętam porażkę ze Stephenem Hendrym w decydującym frejmie w Crucible i przegraną z Peterem Ebdonem w finale British Open parę lat temu. Ale teraz wyrzucam to z „systemu”.

 

– Mój tata będzie zachwycony – kontynuował ulubieniec publiczności. – Będzie miał trofeum u siebie przez tydzień. Zawsze mi powtarza, abym nie przejmował się porażkami, ale za każdym razem mi go żal, gdy przegrywam. Nie mogę wyrazić słowami tego, co teraz czuję. Chcę po prostu zadzwonić do moich najbliższych i rozmawiać z nimi.

 

– Obaj zagraliśmy okropnie w pierwszej sesji – nie ukrywał White. – Powinienem prowadzić co najmniej 5-3, ale nie pokarałem Paula za jego błędy. Wczorajszy mecz z Ebdonem mnie wyczerpał, jednak w całym tygodniu nie spałem tak dobrze, jak ostatniej nocy, więc zmęczenie nie miało na mnie zbyt dużego wpływu. Byłem przygotowany na wynik 8-8, ale nie chciałem, żeby do niego doszło.

 

– Cieszę się szczęściem Jimmy’ego – oświadczył pokonany. – Poza snookerowym stołem jest dobrym przyjacielem i jeżeli z kimkolwiek mógłbym chcieć przegrać w finale, to właśnie z nim. Dobrze się też stało dla samej dyscypliny.

 

– Zacząłem grać w snookera z powodu Jimmy’ego i wzorowałem się na jego grze. Wciąż jest moim idolem. Chciałem go zaprosić na swój ślub, ale teraz wykreślę go z listy gości – zażartował Hunter, który kilka miesięcy później zawarł na Jamajce związek małżeński ze swoją ukochaną, Lindsey Fell.

 

– Za bardzo się starałem podczas pierwszej sesji i nie zagrałem dobrego snookera – dodał Paul. – Jimmy prowadził kij dużo lepiej ode mnie, końcowy wynik był sprawiedliwy. Wykradłem świetny frejm na 7-8 i powróciłem do gry, ale nie wykorzystałem szansy w następnej partii. Grałem jednak dobrze w całym turnieju. Inaczej nie znalazłbym się w finale. Będę miał sporo pewności siebie, jadąc do Sheffield.

 

Mistrzostwa Świata rozpoczęły się niecały tydzień później po zakończeniu Players Championship. Większość ekspertów była przekonana, że Hunter prędzej czy później zdobędzie najcenniejszy tytuł, a w tamtym roku był jednym z głównych faworytów. Los skojarzył go już w drugiej rundzie z przyjacielem, Matthew Stevensem i chociaż Anglik prowadził po dwóch sesjach 10-6, ostatecznie przegrał spotkanie 12-13. „Beckham Zielonego Stołu” wystąpił w Crucible jeszcze dwukrotnie, ale nigdy już nie wygrał w nim żadnego meczu.

 

Nadzieje na zobaczenie idola z najstarszym snookerowym pucharem odżyły także wśród kibiców Jimmy’ego White’a. Co prawda miał on na koncie sześć przegranych finałów w Sheffield, ale teraz, tuż przed rozpoczęciem czempionatu, wydawał się powracać do najlepszej dyspozycji. Marzenia zostały jednak brutalnie skonfrontowane z rzeczywistością. Zaledwie dziewięć dni po wielkim zwycięstwie w Players Championship „Trąba Powietrzna” przegrał w pierwszej rundzie MŚ z Barrym Pinchesem 8-10.

 

Jako ciekawostkę dodam na koniec, że opisywany przeze mnie finał Players Championship 2004 był głównym materiałem drugiego odcinka programu Eurosportu „Snooker Hall Of Frame”, który został wyemitowany kilka dni przed Bożym Narodzeniem w 2005 roku. W magazynie przez ponad trzy lata przypominane były m.in. interesujące finały i wysokie brejki. Moim zdaniem wisienkę na torcie stanowił odcinek z 23 grudnia 2007 roku, poświęcony sukcesom Steve’a Davisa. Był to chyba jedyny przypadek, gdy w programie pojawiły się materiały, pochodzące sprzed Mistrzostw Świata 2003, czyli turnieju, od którego Eurosport na dobre zaczął transmitować profesjonalne rozgrywki.

 

„Snooker Hall Of Frame” był jednym z bodźców, który rozbudził we mnie zainteresowanie historią tej dyscypliny i żałuję, że nie jest już emitowany. Cieszę się jednak, że obecnie w Internecie jest bardzo dużo meczów snookerowych z minionych dekad i mogę zobaczyć to, czego nie dane mi było obejrzeć na żywo. Na następną środę przygotuję artykuł poświęcony meczowi z końcówki lat osiemdziesiątych, ale więcej szczegółów na razie nie zdradzę.

 

Gorąco zapraszam na moją stronę na Facebooku „Snooker Heroes” oraz na powiązane z nią konto na Twitterze, gdzie codziennie zamieszczam wpisy poświęcone dawnym i obecnym mistrzom zielonego stołu.

 

Autor: Mikołaj Małecki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *