Throwback Monday, czyli równo tydzień temu…

…Stuart Bingham został snookerowym mistrzem świata. Moment radosny, a jakże, ale również nieco przygnębiający, bo przecież oznaczający koniec turnieju, którym żyliśmy przez ponad dwa tygodnie.

Tydzień minął, emocje nieco opadły, odespaliśmy nieprzespane noce i odpracowaliśmy to, co zawaliliśmy z powodu oglądania wielogodzinnych transmisji.

Czas na spokojny przegląd tego, co działo się w tym roku w Crucible Theater w Sheffield.

Niespodzianka roku to bez wątpienia Stuart Bingham i zdobycie przez niego mistrzostwa. Kariera Binghama trwa od ponad dwudziestu lat i w tym czasie nigdy nie dostał się nawet do półfinału MŚ, a tylko raz był w ćwierćfinale – dwa lata temu. Dla wielu szokiem było już to, że tym razem w ćwierćfinale pokonał Ronnie’ego O’Sullivana. Szczęki opadały nam coraz niżej, kiedy po deciderze w półfinale wygrał z faworytem niemal wszystkich, Juddem Trumpem. Chodziliśmy i mówiliśmy „No ale z Murphym to już nie ma szans”. Miał. I je wykorzystał, z bezlitosną skutecznością budując wygrywające brejki, kiedy tylko nadarzała się okazja. Sam powiedział, że uwierzył w to, że może zdobyć mistrzostwo, kiedy wbijał decydujące bile w ostatnim frejmie pojedynku z Murphym, ale że myśl o zwycięstwie pojawiła się właśnie po pokonaniu Ronnie’ego: Kiedy wygrałem z Ronniem obudziłem się następnego dnia o 6 rano i w głowie zacząłem układać sobie przemówienie zwycięzcy. Potem jednak sam sprowadziłem się na ziemię. Judd i Shaun to zawodnicy, którzy dorastali na moich oczach, nie boję się ich. Ale to ja dorastałem, kiedy Ronnie wygrywał mistrzostwo za mistrzostwem, jest świetnym zawodnikiem, dla mnie najlepszym na świecie.
I choć na porządku dziennym w Crucible były żarciki, że być może Bingham powinien zacząć reklamować chusteczki Kleenexu, bo od ćwierćfinałów płakał po każdym wygranym meczu, to kiedy wzniósł nad głowę trofeum w towarzystwie swojej rodziny, z synkiem Shae i żoną Michelle na czele, nie było chyba w Crucible osoby, której nie zakręciła się łezka w oku.

stuart z rodziną

Najbardziej zabawne i zapadające w pamięć momenty mistrzostw? Do tych drugich z pewnością należy frejm rozegrany przez Ronnie’ego O’Sullivana w skarpetkach i kolejne w butach dyrektora turnieju. Także słynna „chalkgate”, czyli sytuacja w której Ronnie za pomocą kredy sprawdził sobie, jak wracająca różowa zblokuje mu czerwone. Huczało przez kilka dni, tym bardziej, że sędzia nie podyktował za to faulu. Wyczyny O’Sullivana są jednak jak zwykle na granicy i wyznam, że średnio mnie już bawią, choć nie da się o nich nie mówić. Były jednak znacznie zabawniejsze momenty. Moim ulubionym jest Jan Verhaas uczynnie pomagający Barry’emu Hawkinsowi z niesforną muszką oraz ten sam Jan Verhaas stojący grzecznie z przeszkadzającym zawodnikowi w uderzeniu wiaderkiem z lodem.

muszka

Hitem był maks Dinga Junhuia, którego nie było, bo Chińczyk po 12 czerwonych i 12 czarnych nadal nie zorientował się, że jest w ataku na 147 i zagrał do niebieskiej. Było też sporo mikrosytuacji, które przypominają się po dłuższym namyśle, ale wywołują na twarzy uśmiech – dwa zawały Binghama, jeden, kiedy tuż przed rozbiciem nastąpiło sprzężenie w sprzęcie telewizyjnym i Crucible wypełnił nieznośny pisk, i drugi, kiedy w finale pomiędzy uderzeniami z hukiem upadł ciężki statyw od kamery, który niefortunnie przewrócił jeden z operatorów. Paul Collier i latająca czarna. Oliver Marteel i klątwa różowej, którą co chwilę musiał wkładać w pakę czerwonych, bo punkt był zajęty. I wreszcie finałowy hit w 31. partii, kiedy Stuart Bingham po ponadgodzinnej batalii taktycznej oznajmił Shaunowi Murphy’emu, że już nie wytrzyma i musi iść do toalety. Muszę dodać, że z tej okazji skorzystało również całkiem sporo widzów 😉
Bohaterowie mistrzostw? Oczywiście, zawodnicy, także sędziowie… Ale bohaterów było więcej. Zakulisową gwiazdą i czołowym celebrytą w Crucible był Nico McBrain, perkusista Iron Maiden. Nie tylko dlatego, że jest oczywiście tytanem rocka, ani nie dlatego, że naprawdę łatwo wypatrzeć go w tłumie, ze względu na długie blond pióra, twarz zakapiora oraz rockandrollowy ubiór. Przede wszystkim dlatego, że Nico podbija serca w sekundę – jest przemiłym, serdecznym, wiecznie uśmiechniętym facetem, który nie jest znudzony ani oburzony nawet po setnym zdjęciu zrobionym sobie z kolejnym natrętnym fanem. I nie jest „januszem”, niedzielnym kibicem snookera, nie przyjeżdża do Crucible po to, żeby się polansować ze swoim przyjacielem, Kenem Dohertym, ale po to, żeby z wielką uwagą i pasją śledzić pojedynki. Nie odpuszcza prawie żadnego frejma, ląduje na posterunku na początku porannej sesji i wychodzi po zakończeniu wieczornej. Niedługo trudno będzie sobie wyobrazić mistrzostwa świata bez jego obecności.

agi z nico

I wreszcie cisi bohaterowie tych mistrzostw. Ludzie, których nie widać, ale dzięki nim my mamy co oglądać i oglądamy to w najlepszej możliwej jakości. Mam na myśli ekipę World Snookera, mam na myśli ekipę techników i fitterów oraz ekipę operatorską i telewizyjną. Pracują za czterech, pracują, kiedy my jeszcze lub już śpimy, robią to sprawnie i profesjonalnie. Dlatego też stół i całe osprzętowanie wokół zniknęły już w kilka godzin po zakończeniu finału… I nie oszczędzimy czytającym tego przygnębiającego widoku!

sad stółsad i po stole
Ale na pociechę – widzimy się za rok w Crucible 🙂

cru selfie

ms

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *